Infowojna na serio. Informatyczna, nie informacyjna:
As an update; within the community, our friends in Germany had managed to pierce the siege and gain a direct routing to Georgia via AS3320 DTAG Deutsche Telekom for a few hours. this afternoon. For the time being AS8359 COMSTAR Direct Moscow region network CJSC COMSTAR Direct Smolenskaya Sennaya Sq, 27 block 2 119121 Moscow, Russia, have intercepted this and are redirecting this route of cyber traffic via their servers. The good news is other German servers are now also attempting to access Georgia servers directly.
Na imprezie jest przesilenie, siadam na chwilę na fotelu, przede mną leży kupka komiksów które ktoś przed chwilą oglądał, przerzucam co tam leży, wyciągam dwa cienkie zeszyty „Na szybko spisanego” Śledzia. Zaczynam je przeglądać, pierwszy czytałem dawno, drugi w ramach oglądania podczas promocyjnego spotkania na Chłodnej 25.
Nagle podchodzi Michał i z trudem opanowując buzujący w nim gniew zaczyna tłumaczyć mi, że mam tego nie czytać. Bo to nie jest dobry komiks. Taki jak „Osiedle Swoboda”.
Patrzę na niego, i nie wiem co powiedzieć. Że już to przeczytałem? Źe uważam to za jeden z najlepszych polskich komiksow ever?
Michał mówi, żeby tego nie czytać, bo to nie jest komiks Śledzia w najlepszej formie. Nawet mogę się z tym zgodzić. Nie jestem dużym fanem aktualnej kreski Śledzia, widzę o co chodzi i rozumiem metodę twórczą, ale jednak wolę styl Adlera.
Gdyby Śledziu był muzykiem, zrobiłby z tego ABT[1]-owską „Chomiczufkę”, gdyby był malarzem, ciskałby na płótno widoki na bydgoski Zachem jak Sasnal. Gdyby był pisarzem, opisałby polskie pokolenie X.
Ale jest komiksiarzem i zrobił wszystko w jednym. W „Na szybko spisane” jest i o muzyce (o śmierci Kurta Cobaina, i o amigowej demoscenie, i o zamiłowaniu do nauk ścisłych jako logicznie przeciwwstawiających się chaosowi dysfunkcyjnej rodziny, i o ryćkaniu i sportowych butach.
Śledziu jest ode mnie młodszy jakieś pięć lat i poza ABT i demosceną gdzie minąłem się z nim i z połową znajomych, w sumie nie mamy jakichś wspólnych punktów w biografii (dla mnie „State of the Art” to było póżne demo i wrażenie dużo mniejsze niż „Desert Dream” Kefrensów), ale świetnie opisał życiowy syf. Chociaż małą traumę ze sportowymi butami (bez ryćkania) na koncie mam. Sam Śledziu to kiedyś o tym komiksie powiedział, że to są opisane najbardziej żeniujące akcje jakie się jemu, albo jego znajomym zdarzyły.
I patrząc na rozpalonego gniewem Michała zastanawiam się, czy zdolność do przyznania się do własnej żenady, to nie jest to co Michałowi tak przeszkadza, że on chciałby bezpiecznego, ironicznego świata w którym do wszystkiego co nam nie pasuje można się bezpiecznie, ironicznie zdystansować w stylu hollywódzkiego onelinera. A do Śledziowej szczerości trudno się zdystansować nie wpadając w bucówę, a nie zdystansowanie nie jest przyjemne, bo to nie jest wesoły komiks. Ale nie miał taki być. Liczy się szczerość, a nie wymuskane, przefiltrowanie, niekontrowersyjne epickie opowieści. Szczerość do bólu obu stron.
I ja nie wiem co na to wszystko odpowiedzieć Michałowi, więc w końcu nie mówię nic.
[[1] ABT — Aglomeracja Bydgosko-Toruńska, powstające właśnie najdłuższe miasto nowoczesnej Europy]
Wiadomość z Defconu: można zahakować zdalnie rozrusznik serca (news, artykuł). To wyjaśnia, po co komu gniazdka w skórze: żeby się nie dało zdalnie zatrzymać serca.
Straszna myśl: wdrożenie PKI na poziomie ciała ludzkiego.
Na początek cytat, z umowy społecznej Projektu Debian (wersja polska):
4. Nasze priorytety to użytkownicy oraz wolne oprogramowanie
Będziemy się kierować potrzebami naszych użytkowników oraz społeczności ogólnodostępnego oprogramowania. Ich interesy będą naszymi priorytetami. Dla naszych użytkowników dostarczymy wsparcia w różnej postaci środowiska komputerowego. Nie odwrócimy się od oprogramowania nie mieszczącego się w naszych kryteriach wolności przygotowanego do współdziałania z systemem Debian, również wymagającego opłat za jego używanie. Pozwolimy innym na tworzenie dystrybucji wzbogaconych dowolnymi komponentami, bez żadnych opłat przeznaczonych dla nas. Aby osiągnąć te cele, dostarczymy zintegrowany system o wysokiej jakości, zawierający tylko wolne komponenty, bez żadnych prawnych restrykcji, które mogłyby zastrzec jego sposób wykorzystania.
Kropla pierwsza to Firefox 3. Wielka akcja marketingowa, ściągnąłem, rozpakowałem na domowej workstacji, odpalam. requires GTK 2.10 or higher
Nawet mi się nie chce zaczynać flejma na debian-devel, bo ja oczywiście wiem co usłyszę w odpowiedzi, otóż uslyszę że Firefox 3 jest niewystarczająco ogólnodostępnym oprogramowaniem i mam używać wersji zgodnej z wytycznymi zasad wolności oprogramowania, czyli iceweasela. Który nie działa, i którego nie ma w backportach na stabilnego Debiana.
Eloy wynorał w końcu jakiegoś backporta GTK 2.10, ale buzz firefoxa został już zastąpiony wkurwem debianowym.
Drugą kroplą był Urban Terror. Gramy w to czasem po pracy. Kiedy jest planowana ustawka, przynoszę swojego laptopa (MacBook z kiepską kartą graficzną Intel GMA 950, na którym UrT chodzi bardzo dobrze), ale raz ustawka byla spontaniczna. W pracowej workstacji mam Radeona RV280, który wydaje się być wystarczający do obsłużenia tej gry. Jako system operacyjny mam Ubuntu 7.04, które zastąpiło Debiana po którymś upgradzie, po którym nie mogłem się dogadać z driverem do wspomnianego Radeona, a ten z kartą. Ubuntu wtedy poszło od kopa, jak się okazało z małym haczykiem.
Haczyk ten był taki, źe włączył się driver „ati”, który nie umie nic, a UrbanTerror się wywala. Można go puścić wprawdzie z driverem renderera programowego, ale gra ma wtedy 1/10 FPS. Nie da się grać, nie da się nawet klikać w menu.
Podejście do komercyjnego drivera „fglrx” skończyło się fiaskiem, nie dogaduje się z tą kartą i już. Pozostał jeszcze driver „radeon”. Gra odpaliła się, i nawet zadziałała, ale wyglądała, jak wizja po kwasie:
Wszystko to zajęło ponad 2h. Werdykt jest taki: do biurowych prac, Linux ok. Do czegokolwiek więcej, albo inwestycja w nVidię i dużo radości z uruchamianiem, albo cokolwiek innego.
Prześladuje mnie ostatnio melodyjka ze ścieżki dźwiękowej z Kill Bill — “Twisted Nerve”, ta co się zaczyna gwizdaniem. Prawie codziennie w autobusie czy na przystanku się komuś z współbliźnich włącza; ja się wtedy odruchowo obracam w tę stronę, nie wiem czemu bo w telefonie sam nie mam takiego dzwonka i z niczym mi się ta melodia nie kojarzy. Mam wprawdzie nowy telefon który robi wszystko czego wymaga się od telefonu wiosną 2008, ale nie mam takiego dzwonka. Mam inny dzwonek z „Kill Bill”, “Battle Without Honor or Humanity” Tomoyasu Hotei, przypisany do kilku osób. To mój ulubiony dzwonek.
Ale akurat te osoby jakoś nigdy do mnie nie dzwonią.