Kawałek czegoś: „Czas okrutnych cudów”

Leży na dysku od dawna, jakieś 30% zamie­rzo­nej obję­to­ści, praw­do­po­dob­nie nigdy tego nie skoń­czę. Każda pisana rzecz ma swój czas, swoją este­tykę, sko­ja­rze­nia. To okno się zamknęło, ludzie się roz­je­chali, nowe doświad­cze­nia poka­zały naiw­ność zało­żeń. Mógł­bym tylko wyrzu­cić 80% tego co już jest i napi­sać od początku.

Ta scena by została, to jedna z naj­faj­niej­szych rze­czy, jakie napisałem.

[poniż­szy tekst nie pod­lega licen­cji Cre­ative Commons]

‡ Bez iden­ty­fi­ka­cji dzwoniącego.

— Chce pan z powro­tem swoje życie?
— Co?
— Wró­cić do gazetki, pisać sobie o lata­ją­cych taler­zach, i żyć długo i szczę­śli­wie?
— Tak.
— To niech pan odda książkę.
— Jaką książkę?
— Jak chce pan rżnąć głupa, pro­szę bar­dzo. W końcu pana zła­piemy, i nim zdążę powie­dzieć „dawać dupy za paczkę szlu­gów” znaj­dzie się pan w pier­dlu. Ale z tej sytu­acji jest wyj­ście. Pro­szę oddać książkę. Wtedy cała sprawa roz­wieje się jako ten sen złoty. Jak pan chce, dosta­nie pan nawet prze­pro­siny od mini­stra, na piśmie. Wszystko okaże się godną poża­ło­wa­nia pomyłką. Pro­szę to docenić.

‡ Nie­dziela, park Ska­ry­szew­ski. Szó­sta rano.
Zimne, rześ­kie powie­trze. Mam cze­kać pod pomni­kiem. Co wła­ści­wie zro­bię, jeśli oddam im paczkę i w odpo­wie­dzi pokażą mi otwór wylo­towy tłu­mika? Głu­pie pyta­nie. Umrę.

Sta­ro­druk ciąży mi w ple­caku. Zabez­pie­czony kar­to­no­wym pudłem,owinięty w dwa metry folii bąbel­ko­wej, wpa­ko­wany do wiel­kiego ziploka z gar­ścią sili­ko­no­wych suszek. A ja nie mam nawet kami­zelki prze­ciw­o­dłam­ko­wej. Helena całą noc to fotografowała.

W parku jesz­cze są pasemka mgły. i komary nie wyru­szyły na łów. Obcho­dzę pomnik dookoła. Od strony Gro­chow­skiej dwie syl­wetki. Płaszcz i kurtka. Gdzieś nad par­kiem prze­la­tuje heli­kop­ter. Kulę się odruchowo.

Jak nie wrócę do 10, Kacz­ma­rek i Helena pójdą do gazet. Tyle, że pew­nie pod ich drzwiami cze­kają komi­nia­rze z dziur­ka­czami. Dobrze, że nie wiem gdzie Kacz­ma­rek mieszka. I nie wiem, gdzie teraz są. Mię­dzy drze­wami prze­bija słońce, robi się cieplej.

Daleko, ścieżką przez łąkę bie­gnie jog­ger. Tamci są już bli­sko. Dwóch face­tów. Jeden ma sporą walizkę, ten w kurtce. Kra­wa­ciarz odzywa się. Głos z telefonu.

— Widzę, że roz­są­dek zwy­cię­żył.
— A mia­łem inne wyjście?

Kra­wa­ciarz nie odpo­wiada przez chwilę, w końcu odzywa się kurt­ko­wiec. Raczej do kra­wa­cia­rza niż do mnie.

— Wyrok za pedo­fi­lię to też wyj­ście, co nie? Szcze­rzy się. Ma krzywe zęby.

Kra­wa­ciarz, sucho — pro­szę o książkę.

Ścią­gam ple­cak, roz­pi­nam. Paczka jest ciężka. Podaje im obu­rącz, ostroż­nie. Kurt­ko­wiec uśmie­cha się.

— Spoko, to nie nitrogliceryna.

Wzru­szam ramio­nami i patrzę jak cho­wają paczkę do teczki, przy­pi­nają ela­stycz­nym paskiem. To teraz. Kurt­ko­wiec rusza z powro­tem skąd przy­szli. Kra­wa­ciarz patrzy na mnie uważ­nie. Nie zwró­cił­bym na niego uwagi na ulicy, wygląda jak sales z jakie­goś FMCG, bra­kuje tylko kra­wata z logo firmy.

— Nie rób nic głu­piego — mówi. Nie sięga pod mary­narkę, zresztą ma zapiętą. — Do tej pory dosta­łeś tylko po łapach. Nie lubimy mar­no­wać — krzywi się — war­to­ścio­wych oby­wa­teli. Wra­caj do sie­bie, znajdź sobie jakąś babę, kawał ziemi, zrób bachora, weź kre­dyt na dom. I prze­stań się bawić w archi­wum iks.

Kiwam tylko głową. W uszach huk pulsu. Chyba jed­nak mnie nie zabiją.

— I powiedz to samo swoim kum­plom. A teraz, wypierdalaj.

Odwra­cam się i odcho­dzę. Za sobą sły­szę sze­lest i zgrzyt. Skrę­ca­jąc za pomnik rzu­cam okiem patrzę w tył, facet pali papie­rosa i patrzy gdzieś w bok. Nie na mnie.


Żyjemy w cyberpunku: psychopatę zatrudnię

W tek­ście dla The Inde­pen­dent, Brian Bashan cytuje dyrek­tora wiel­kiego banku, wspo­mi­na­ją­cego, że w któ­rejś z poprzed­nich firm szu­kali psy­cho­pa­tów do zatrud­nie­nia w dziale finansowym.


Pierwszy dzień w nowej pracy

Na przy­sta­nek wpa­dam dwie minuty przed przy­jaz­dem 118, ale jest pusto, i przy­po­mi­nam sobie, że mój tele­fon późni. Szlag. Myśla­łem że dzi­siaj uda mi się nie spóź­nić. Po kilku minu­tach przy­jeż­dża 185, wysia­dam w tunelu Wisło­strady i zasko­cze­nie — obie klatki scho­dowe na powierzch­nię prze­gro­dzone poli­cyjną taśmą. Do windy, naci­skam guzik, zero reak­cji, w końcu sfru­stro­wany cią­gnę za drzwi


Protected: Fobos, ciągle Fobos

There is no excerpt because this is a pro­tec­ted post.


Chciałbym tego posłuchać

Dzi­siej­sza notka miała być o czym innym, o cukierni koło cmen­ta­rza, która zawsze była zamknięta kiedy szli­śmy na grób dziadka i nigdy nie udało się tam zjeść ciastka — aż do dzi­siaj (nie­do­bre było). Ale Jakub zalin­ko­wał, że lemow­ski Google Doodle, to dzieło Mar­cina Wicha­rego, zaj­rza­łem na stronę, a tam bar­dzo lemow­skie opo­wia­da­nie o „Ede­nie”, a wła­ści­wie o kom­po­zy­to­rze, który nagrywa ścieżkę


Wtem! Osiągnięcie!

Są takie dni, że idziesz na pocztę zre­ali­zo­wać awizo na obe­lżywy list przy­po­mi­na­jący o następ­nej zapo­mnia­nej spra­wie do ogar­nię­cia, na poczcie prze­kie­ro­wują do okienka pacz­ko­wego, skąd po star­ciu z twa­rzy WTF-a zasko­cze­nia fasu­jesz solidną paczkę. A w niej, coś o czym zdą­ży­łeś już zapo­mnieć, porzu­cić wszelką nadzieję, sfru­stro­wać się i zapo­mnieć z zaję­cia ogar­nia­niem aktu­al­nej fazy cyklu życio­wego homo sapiens. Zna­czy


Cisza radiowa

Odpiąć się jest trudno. Pod­łą­czyć z powro­tem jesz­cze trud­niej. Trudno się odpiąć, trudno wstać i wyjść w nijaki jesienny pora­nek, poje­chać w przy­szłość — w moim mie­ście nie było „Bie­law”, a na pewno nie było tam cen­trum han­dlo­wego z nie­wiel­kim hiper­mar­ke­tem budow­la­nym. Mogę poka­zać, pal­cem na mapie, gdzie zaczyna się ostat­nie 10 lat. Potem ładu­jąc książki do ładnych, ale zbyt cien­kich kar­to­nów, zdzi­wie­nie,


Inaczej

Sza­leń­com. Wyrzut­kom. Bun­tow­ni­kom. Spra­wia­ją­cym kło­poty. Wci­ska­nym w kan­cia­ste formy. Widzą świat ina­czej. Nie lubią zasad. Nie sza­nują zasta­nego porządku. Może­cie ich cyto­wać, nie zga­dzać się z nimi. Może­cie ich wychwa­lać, albo poni­żać. Nie może­cie ich igno­ro­wać. Bo zmie­niają. Bo wynaj­dują. Bo mają wizje. Bo leczą. Bo badają. Bo two­rzą. Bo inspi­rują. Bo popy­chają ludz­kość do przodu. Może muszą


Po półtora roku

Lalka” po wszyst­kich klep­nię­ciach, papiery pod­pi­sane, pozo­staje tylko cze­kać. [na pod­sta­wie zdję­cia Daniela Bor­mana, (CC) BY, niech ktoś to wrzuci na zupę]


Dwie szkoły

Jest taka szkoła, że należy kupić sobie taki moto­cykl jak się chce, i jeź­dzić na nim jak się chce, w końcu to wol­ność jest naj­waż­niej­sza. Litra1 na pierw­szy2, jeź­dzić w t-shircie i klap­kach — pro­szę bar­dzo. Wola twa niech będzie pra­wem naj­wyż­szym. Drugą szkołę Ame­ry­ka­nie nazy­wają ATGATT — All The Gear All The Time. Wszyst­kie ciu­chy, cały czas, nawej


Starość i zgorzknienie

Lubię „No More Sor­row” Lin­kin parku, ale za każ­dym razem jak tego słu­cham czuję się zgorzk­niały. Dla­czego? [wer­sja z lyric­sami tutaj] Bo jak wokal dojeż­dża do lini­jek And I’m begin­ning to think I have been dece­ived to pierw­sze sko­ja­rze­nie mam „no to ci chwilę jed­nak zajęło, stary”. No bo prze­cież… Pio­senka z filmu „Wię­cej czadu”, peł­nego pięk­nej, jasnej


Pierwszy kontakt

  [OSOBA nar­ra­tor ←][OPOWIADAĆ][TERAZ][WAKACJE][WŁASNOŚĆ nar­ra­tor ←] [CZYNNOŚĆ][CZAS PRZESZŁY] [OSOBA nar­ra­tor ←][OBÓZ][JĘZYK][MIGAĆ]daktylografia(PJM)[UCZYĆ nar­ra­tor ←][OPERATOR LOKALIZACJI] [OBÓZ][GÓRY][SZKLARSKA PORĘBA][OPERATOR LOKALIZACJI] [OSOBA nar­ra­tor ←][KOBIETA][POSIADANIE nar­ra­tor ←][GÓRY][SPACEROWAĆ modyfikator(wspólnie / 2 osoby)][RAZEM narrator ←]


Protected: Rzeczywistość rozszerzona

There is no excerpt because this is a pro­tec­ted post.


Fikcje

Czy­ta­nie takich kla­sycz­nych blo­gów trak­to­wa­łem zawsze jako okna w inne rze­czy­wi­sto­ści. Rze­czy­wi­stość gospo­dyni domo­wej, rze­czy­wi­stość kor­posz­czura, rze­czy­wi­stość yup­piego. Aż któ­re­goś dnia coś się prze­staje zga­dzać, pani praw­nik spę­dza­jąca week­endy w Paryżu z coraz to nowymi kochan­kami nie mia­łaby czasu tyle pisać. Albo po pro­stu z trze­ciej ręki dowiem się, że auto­rem bloga ogiera pod­ry­wa­cza jest kor­posz­czur z dwójką dzieci. Nawet


Po Godzinie „W”

Było po dzie­sią­tej, jak wysze­dłem z pracy. Powi­śle było ner­wowe, Czer­nia­kow­ską tam i z powro­tem jeź­dziły radio­wozy i cywilki z „kogu­tami”. Na sta­dio­nie Legii coś się działo, ale chyba nie tylko. To było na przystanku.


Poznaj człowieka w cztery godziny

Przez cztery godziny w mie­siącu jestem wszech­świa­tem. To nie jest trudne, po pro­stu opo­wia­dam histo­rię, a chwi­lami pytam posta­cie, co by zro­biły w tej sytu­acji. Zaczyna się pro­sto: powiedz mi kim jesteś, gdzie miesz­kasz? Tylko jedna prośba, niech to będzie ktoś, kim mógł­byś być — albo mogła­byś — gdyby twoje życie poszło w lewo a nie w prawo. Masz kogoś? Opisz mi