Skip to content

Przy piwie.

— Jak tam twój rozpad osobowości?
— Dziękuję, bardzo dobrze.

Tytuły.

[to miał być tekst do Esensji, jeszcze w czasach jak WO nie puszczał „rankingów od czapy”]

Lubię tytuły. Dobry tytuł ustawia dzieło. Jeszcze lepszy, ratuje. Moje top 20 tytułów (części dzieł nawet nie znam). Dopisujcie swoje ulubione (tytuły, nie dzieła).

  1. Rok niebezpiecznego życia
  2. Proszę państwa do gazu
  3. Czas nieutracony
  4. Poemat dla dorosłych
  5. Aguerre w świcie
  6. Samotny, biały żagiel
  7. Jądro ciemności
  8. Wszyscy byli odwróceni
  9. Raport z oblężonego miasta
  10. My, którzy wykradliśmy „Sen”
  11. Życie seksualne Catherine M.
  12. Największy szajbus w dziejach swangu
  13. Pamiątka z Celulozy
  14. W leju po bombie
  15. Wypalić Chrom
  16. Good, Old-fashioned Future (Dobra, staromodna przyszłość)
  17. Życie po Bogu
  18. Komu bije dzwon
  19. Several Species of Small Furry Animals Gathered Together in a Cave and Grooving with a Pict
  20. Głośniej od bomb

W secie dodatkowym, nazwa kapeli: No Man Is An Island (Except The Isle Of Man).

Linki (14): pointa do notki o strachu.

Tym razem, o dziwo na Cracked.com (via ^kya).

DOPISEK: I jeszcze w nocy ^ahajduk blipnął Czapińskiego w „Polityce”, a mi przypomniał się WO opisujący jak wyjeżdża swoim samochodem z domu i parkuje w pracy nie zatrzymując się nigdzie poza bezpiecznymi miejscami.

Druga strona jest taka, że w ostatnio wydanej książce o neuromarketingu jest o badaniach na temat marketingu politycznego, z ktorych wyszło, że tylko strach powoduje, że ludzie zapamiętują przekaz reklamowy.

Więc będzie się straszyć ludzi.

Tagged , , ,

Pogarda dla Esensji.

Dzisiaj w Empiku natknąłem się na książkę mojej ex-redakcyjnej koleżanki Kamili Sławińskiej. Esensja nie napisała o tym ani słowa (na blogu też nie). Kamila ileś lat recenzowała filmy, także te niekoniecznie dostępne w Europie.

Kiedy Grzegorz wydał dwie książki, Esensja puściła jedną recenzję autorstwa MRW i kilka szczątkowych notek wynikających z obowiązków wynikających z patronatu. Grzegorz był jednym z założycieli Esensji.

O gównianym, konfekcyjnym filmie z franczyzy growej, Esensja zrobiła numer specjalny, tylko po to, żeby podlizać się dystrybutorowi.

Tagged , , , ,

Co jest fajnego w USA.

Nie jestem fanem Stanów zjednoczonych, ale jakoś podczas ostatnich dyskusji wyszło, że są dwie rzeczy, przynajmniej teoretycznie, pozytywne w tym kraju, a raczej dwa aspekty jednej rzeczy: amerykańskiej Konstytucji.

A konkretniej, to, że jest tam zapisane prawo i dążenie do szczęścia, ale nie ma ani słowa o tym jak ideologicznie to szczęście ma być osiągnięte.

Druga rzecz to pierwsza poprawka do tejże konstytucji, gwarantująca wolność słowa, w tym też anonimowego.

Tagged

Żyjemy w cyberpunku (28): pamięci Marka Felta.

Tydzień temu na konferencji CONFidence 2009 miałem okazję porozmawiać z Jacobem Applebaumem, będącym przedstawicielem prowadzonego przez EFF projektu Tor. Tor to zestaw aplikacji do ukrywania swojej obecności w sieci, nie w sensie, że nie widać kogoś w ,,odwiedzających” na Blipie, tylko, że nie da się go prosto wyśledzić (przez ,,prosto” rozumiem tu wysłanie kilku pism z pieczątką prokuratury lub równoważną, a nie wydanie na czarno-zielonej konsoli komendy Która Powie O Człowieku Wszystko). Po co to robić?

Po to, żeby ludzie mogli wypowiadać się anonimowo.

Tydzień później wybuchła sprawa Kataryny. Dotychczas anonimowa blogerka (do tego stopnia, że w rozważanach o niej używałem rodzaju postpłciowego) została de facto wyoutowana przez redakcję teoretycznie przyjaznego światopoglądowo czasopisma.

Najbardziej mnie dziwi ton całego spektrum wypowiedzi publicznoprasowych: od zupełnie kuriozalnych, że to bardzo niesłuszne, że każdy może publikować swoje poglądy, do stwierdzenia, że tylko wypowiedzi podpisane powinny się liczyć w debacie publicznej. To piękna idea.

Piękna idea pełna gówna.

Co z gejem pracującym w homofobicznym środowisku (żartobliwe ale smutne: podobno w Stanach tylko w San Francisco można być gejem-republikaninem). Co z whistleblowerami związanymi NDA? Co z ludźmi życiowo uwiązanymi jakimś układem, dla których zaprotestowanie przeciwko danemu układowi wiązałoby się z zagrożeniem bytowania? Co z krytykami rozmaitych niemiłych organizacji? Co z możliwością powiedzenia, że król jest nagi?

Zwolennicy stawania z otwartą przyłbicą naprzeciw szarży armii pancernej zakrzykną zaraz — a co z odpowiedzialnością!?

Nic, a co ma być? Nikt nie ma obowiązku być męczennikiem.

Są dwa rodzaje anonimowości, jedna jest możliwa online i offline, druga tylko online.

Anonimowość pierwszego typu to anonimowość jednostrzałowa komunikacja jednostronna. Komentarz na blogu pod jednorazowym pseudonimem wysłany z kawiarni internetowej, anonimowy list wrzucony nocą do skrzynki pocztowej której nie obserwuje żadna kamera. Odpowiedzialności nie ma, ale takie wypowiedzi się łatwo filtruje nawet automatycznie, a poza tym tak się nie zbuduje żadnego społecznego znaczenia takiej wypowiedzi.

Anonimowość drugiego typu to pseudonimowość. W sieci można sobie stworzyć awatara (nie w sensie graficzno-3d, ale w sensie reprezentacji w przestrzeni społecznej), którego nie będzie można powiązać z żywym człowiekiem, ale którego z JAKIMŚ żywym człowiekiem będzie wiązać zabezpieczona kryptograficznie relacja jednoznaczności. Taką anonimowość nazywamy pseudonimowością, a taką reprezentację osoby nymem, lub macką (tentacle). W tle występuje założenie takie, że macek człowiek może mieć tyle ile chce.

Taka macka nie różni się w sieci niczym od normalnej osoby, i za pomocą takiej macki mozna nadać działaniom znaczenie, za pomocą rozmaitych systemów reputacji.

W sieci nikt nie widzi, że jesteś upliftowanym psem. Kupując na Allegro most Brooklyński od człowieka z loginem jankowalski, do momentu podpisania umowy u notariusza nie będziemy mieli pewności, że nie nazywa się  Piotr Nowak. O tym czy warto u niego kupować nieruchomości świadczy liczba punktów w systemie komentarzy, de facto systemie naliczania reputacji. Jeśli ktoś sprzedał 100 przedmiotów i w paczkach nie przyjechały cegły, można bezpiecznie przypuścić, że w 101 paczce też nie będzie balastu.

Doświadczenia z Allegro przy okazji falsyfikują tezę, że podpisywanie się imieniem i nazwiskiem i weryfikacja danych osobowych pomaga na wiarygodność — dane kont allegrowych są weryfikowane na kilka sposobów, a [prze]wałki jak były, tak są.

System reputacji nie musi być jawny, umysł ludzki jest całkiem dobry w budowaniu sobie reputacyjnych reprezentacji innych ludzi na zasadzie „tego znam z widzenia, wydaje się OK”, na forum internetowym z dłuźszym stażem będzie wiadomo kto jest trollem, debilem, a kto pisze sensownie.

Tak zresztą zaczęła się kariera Kataryny, jako jednej z sensowniejszych osób na forum Gazety. I tak naprawdę w całej sprawie poszło nie o to, że ktoś się podpisuje, bądź nie. Poszło o to, że Kataryna stała się znaczącym graczem, a w grze zwanej polityką, na znaczących graczy używa się haków. W wypadku osoby anonimowej, najoczywistszych.

A wszystkie wypowiedzi na temat moralności wypowiedzi niepodpisanych, mają zapewnić alibi tego haka.

Czy mnie to dziwi? Nie, w sumie nie, polityka to wojna innymi środkami, a na wojnie wszystko jest dozwolone. Dziwi mnie raczej, że osoba o pewnym obyciu społecznym, na wojnę prowadzoną bronią palną poszła ze szpadą.

Sposobów na anonimowość w sieci jest kilka, od częstego zmieniania kafejek internetowych i korzystanie z różnych proxy, przez kupienie na szaro modemu GSM i zasilanie go prepaidami, do w realizacji najprostszego — TOR-a właśnie.

Rozmowa z Jacobem przypomniała mi czasy, jak prowadziłem remailer, anonimowy przekaźnik poczty. Remailery się słabo sprawdziły, zalał je spam. TOR pozwala na korzystanie z dowolnych usług, nie tylko poczty.

Gdyby Kataryna użyła TOR-a, nie miała zaufania do dziennikarzy, i nie chlapała jęzorem o swoim piewszym życiu, haka by nie było. A tak, dwója z tradecraftu i smutek.

Tagged , , ,

Do Yourself A Song

W „Doskonałej próżni”, oprócz książek, Lem recenzuje też grę/zabawkę edukacyjną “Do Yourself A Book”. Gra w nowatorski sposób podchodzi do istniejących dzieł literackich: książka źródłowa zostaje rozłożona na zdania i frazy wydrukowane na namagnesowanych paskach, z których można sobie poukładać swoją własną wersję powieści. Recenzent rozważał przewrót memetyczny, wynikający z tego, że teraz każdy mógłby sobie zrobić swoją wersję „Braci Karamazow”, czy „Madame Bovary”, z takim zakończeniem czy rozpoczęciem, jakie mu się spodoba.

Świat się oczywiście nie zawalił, P.T. Publiczność była zbyt zajęta przygodami Jolanty Rutowicz, aby zwrócić uwagę na oburzone jęki zakurzonych okularników. Ale marketingowcy zauważyli.

Do każdego w miarę nowego komputera Apple jest dodawany program GarageBand, prosty edytor do dźwięku. Nie do plików dżwiękowych, możliwośc importu i konwersji są dość ograniczone, ale to co GarageBand robi w miarę dobrze, to wielościeżkowe nagrywanie i miksowanie. Jest też funkcjonalność sekwencera, ale przeraźliwie niewygodna. W najnowszej wersji dodano lekcje muzyki prowadzone przez znanych artystów, ale nie miałem okazji tego obejrzeć ani przetestować.

Chciałem sobie wczoraj na tym wyklikać podkład perkusyjny, odbiłem się od niewygodności sekwencera (nie można sobie poukładać dźwięków, trzeba je zagrać na klawiaturze albo myszką — albo nabyć zewnętrzną klawiaturę MIDI), i pogrzebałem głebiej, znalazłem bibliotekę Apple Loops.

Loops to kawałki muzyki, pogrupowane w tonacjach, tempach i stylach, z wygodną, wieloaspektową wyszukiwarką. Mają taką właściwość jak dobrze wykonane grafiki tła, że dobrze wyglądają/brzmią, samodzielnie jak i zestawione w jednolite grupy. Po prostu klocki z których można sobie poskładać utwór muzyczny. W zestawie jest jakiś zbiór podstawowy, ale można sobie dokupić zestawy dodatkowe w różnych stylach, autorstwa anonimowych muzyków pracujących dla Apple’a, jak i gwiazd. Klikanie jest miłe i przyjemne, w godzinę można, nie mając żadnego przygotowania muzycznego ułozyć sobie taki kawałek w stylu electro-disco: MP3 AAC.

Bawiąc się tym, dotarło do mnie, co właściwie sprzedaje Apple, bo przecież nie kiepskiej jakości sprzęt (w moim Macbooku od nowości, przez dwa lata popsuło się podświetlanie ekranu, układ zasilania z baterii i popękała obudowa), ani przyzwoity system operacyjny, ani przeciętny soft użytkowy, czy telefon bez połowy funkcjonalności.

Apple sprzedaje snobizm twórczy, kup Keynote to twoje prezentacje będą otoczone hypą jak wystąpienia Steve’a Jobsa, kup Platinum Loops żeby miksować jak Fatboy Slim, kup iPhone’a czy najnowszego iPoda, żeby być najzajebistszym ziomem w okolicy, a Macbooka, żeby być hipnym bloggerem którego ranty spisane w Starbucksie w Palo Alto, albo chociaż w Amsterdamie zmiażdżą Guya Kawasaki w pył. Po co masz ćwiczyć tysiące godzin na keyboardzie, perkusji czy gitarze, wystarczy kupić pakiet Loops recommended to those users who are ready to rock.

Tagged , , , , ,

Żyjemy w cyberpunku (27): Osobliwość już była.

Zadzwoniła do mnie rodzina, nie lubię tego, rozmowa była krótka i odłożylem słuchawkę prawie w pół zdania. Tego też nie lubię.

Ale później uświadomiłem sobie, że z punktu widzenia mojej najbliższej biologicznie rodziny, której większa część urodziła się przed wojną, jestem istotą z innego świata. Ze świata w którym praca nie jest oczywistością i moralnym obowiązkiem człowieka (jak kiedyś powiedziałem, że szukam nowej bo ta mi się znudziła, to był straszny bulwers), ze świata w którym nie mówi się „nie pamiętam” ani „nie wiem” tylko „nie chce mi się teraz guglać”, w którym z innymi ludźmi porozumiewam się dziwnymi, niezrozumiałymi środkami nieglosowej komunikacji działającymi jakby mimochodem, ale dzięki którym wiem bez bezpośredniego kontaktu, że znajomy mieszkający tysiąc kilometrów stąd ma remont w domu bo mu podłogę z egzotycznego drewna na gwarancji wymieniają. Pracuję gdzieś daleko, zajmuję się rzeczami których nawet najbardziej ogólnikowo nie umiem opowiedzieć, unikam kontaktu z przekaziorami którymi oni żyją, w JP2 nie wierzę, nie ma o czym rozmawiać.

A kiedy wracam na chwilę do ich świata, zakładam starannie opracowaną maskę aby nawiązać choćby nić porozumienia przez ukośnie spolaryzowane interfejsy światopoglądów, i czuję się jak musiał się czuć przedstawiciel Inwolwerencji w „Extensie” na negocjacjach z Zielonym Krajem.

Osobliwość już była, wyrwała część ludzi i przeniosła ich w przyszłość.

Tagged

Stracić trzecie oko.

[od bardzo dawna mi się kisiła ta notka, aż wreszcie dyskusja u WO sprowokowała]

Trzecie oko o które mi chodzi, zgodnie z tradycjami mistycznymi, to oko do odbierania simulakrum.

Obejrzałem ostatnio po raz któryś, dzieło polskiej kinematografii pod tytułem „Nie ma mocnych”; połowa mojej rodziny jest z Kresów Wschodnich więc „Sami swoi” to film będący DZIEDZICTWEM.

Chwilami nawet śmieszny, tzn tak długo jak długo wytrzymuje przekonanie, że to nie jest na serio. Bo kiedy nagle zacznie się odbierać sytuację na serio i przyłoży do niej kryteria z realu to przestaje być zabawnie. A jeszcze bardziej w dwójce (tj w „Nie ma mocnych”).

Jest oto obywatel Pawlak, będący małym domowym tyranem, będzie kłamał, manipulował, wykręcał kota ogonem, kradł i zrzucał odpowiedzialność na innych — byle dopiąć swego. A cały film jest nakręcony tak, że jemu kibicuje publiczność.

Będąc scenarzystą, można oczywiście napisać sytuację czy postać absolutnie pozytywną, w „Nie ma mocnych” jest to młody mechanizator rolnictwa z którym wnuczkę swatają Kargul i Pawlak. Ale taka postać będzie kompletnie nierzeczywista, papierowa i będzie mówić tekstami w rodzaju „postępowi nie ma co dawać kontry”.

Oglądanie tryumfu czyjejś dysfunkcji (w wypadku Pawlaków i Kargulów, grupowej), mnie nie bawi.

Będąc TFUrcą, można oczywiście ustawić sytuację bardzo pozytywnie, oto mamy jakiegoś/jakąś rozśpiewane, roztańczone łajno świata, po czym nagle magiczny błysk, i oto nikt staje się najważniejszą osobą w społecznym wszechświecie, albowiem ma Dar (fizyczny, psychiczny, bądź fizjologiczny) który trzeba wykorzystać/zrealizować/rozwinąć/wrzucić do wulkanu.

Fantastyka, opisując takie historie sama zamyka się w getcie takiej emocjonalnej masturbacji, literatura zaś nie jest o Darach, lecz o relacjach międzyludzkich. A jaka naprzykład relacja (poza ewentualnymi nieuświadomionymi ciągotami homoseksualnymi, w końcu jest to literatura Imperium Brytyjskiego) jest między Frodem i Boromirem?

Jeśli znacie kogoś, za kogo ktoś oddał życie (w sensie bezpośrednim a nie przenośnym), proszę to wpisywać w komentarzach. Ja na szczęście nie znam.

Dlaczego William Gibson jest twórcą mitologii 21 wieku, mitologii cyberprzestrzeni — bo opisał wirtualność? Nie! Jest nim dlatego, że pierwszy opisał pogardę dla realu, symulakrum jako narkotyk. „Ciało to mięso.”

Obejrzałem kiedyś polski film wg prozy Katarzyny Grocholi. Ja mam duży szacun do utrzymujących się z pisarstwa, bo to ciężki kawałek chleba, ale fabuła tego filmu była jedną wielką sesją emocjonalnej masturbacji. Dla kobiet.

Szło to tak: kobietę koło czterdziestki pracującą w jakichś chyba mediach, zdradza mąż, z — oczywiście — młodszą, rudą czy blondynką. Rozwód, totalny rozpad ustalonego życia. Bohaterka zbiera się do kupy, buduje pod Warszawą dom, który na dzisiejsze ceny kosztowałby ze dwa mega razem z działką (o ile pamiętam nie pada ani słowo o źródłach finansowania), następnie na parapetówie wyrywa na depilację brazylijską najprzystojniejszego faceta, z którym przyszła brzydka koleżanka. Nowy związek kwitnie, eks-mężowi młoda ruda czy blondynka narzeczona rodzi cudze dziecko więc ten pojawia się u swojej byłej z bukietem kwiatów w celu przeprosin, i dostaje popisowego kopa. Napisy.

W sumie najpozytywniejszym elementem filmu było propagowanie idei golenia bobrów.

Pomijąc, że to film, też nie uważam tego za literaturę, nie ma tam nic prawdziwego. Ale nie potępiam autorki, bo a) tak pisać też trzeba umieć, b) it pays the bills c) napisała też ksiąźkę o realu, też niezbyt oryginalną, ale wyszła poza swój target. Bardzo się cieszę na miny czytelniczek które po tym kupiły sobie „następną Grocholę” a dostały opowieść o przemocy w rodzinie.

Ale jak się rozejrzeć po literaturze, a szerzej, kulturze, to z takich emo-pornosów składa się większość mainstreamu w dowolnej dziedzinie twórczości fablularnej, może poza muzyką, muzyka jest bezpośrednio o emocjach.

Ale literatura, kino, komiks, są albo o tym, jak ludzie gonią człowieka, jak jest chujowo i jak to by to było zajebiście gdyby, o tym albo o dysfunkcjach. Happy people have no stories.

Jeszcze są seriale i gry komputerowe, tu jest jeszcze tak, że twórcy mogą modyfikować swoje twory na bieżąco. Jak próbuję oglądać jakiś serial, ostatnio się wkręciłem w “Spooks”, to widzę dokładnie ten moment, kiedy kończy się pomysł a zaczyna się zawodowo opracowane przez scenarzystów permutowanie kto jeszcze nie z kim, a za ekranem unosi się widmo głów producentow obłożonych wydrukami ratingów Nielsena; telewidzowie lubią blondynkę? No to z postaci drugoplanowej zostanie główną, kogo obchodzi realowa logika sytuacji.

I te wystające zza ekranu wyszczerzone mordy producentów i scenarzystów milkujących procenty oglądalności jakoś mi obrzydziły seriale.

Czytałem i oglądałem kiedyś sporo, ale jakoś straciłem do tego smak. Są rzeczy które czytam dalej (np nowe rzeczy Gibsona, mimo, że to w kółko ta sama książka), ale coraz mniej. Coraz bardziej za to rośnie wirtualna kupka rzeczy zaliczanych do budujących odbiorcy emocjonalne symulakra, a jeśli jeszcze do tego można sprzedać coś w realu i rozmyć granicę…

Fizycy mają taki kawał: nie patrz w laser drugim okiem. Oko symulakryczne jest tylko jedno. Wypaliło się.

Tagged , , , , , ,

Żyjemy w cyberpunku (26): lokalne ekstrema, w tym także idoru z cyckami.

Najlepszą rzeczą jaką Wiliamowi Gibsonowi przyszła do głowy, było stwierdzenie, że przyszłość już tu jest, tylko nierównomiernie rozłożona. Dzisiaj trafiły do mnie dwa newsy z przyszłości naszego kraju:

Zastanawiającym się co Sabrina „chcę mieć największe silikony świata” Sabrok ma wspólnego z cyberpunkiem, wyjaśniam, że nie dość że obficie, zewnętrznie i wewnętrznie, stosuje wynalazki nowoczesnej inżynierii materiałowej, to jeszcze ma zespół grający „nu-metal ciberpunk”. Tego oczywiście już nie moglem odpuścić.

Tagged , , , , ,

Żyjemy w cyberpunku (25): „All Tomorrow’s Parties” po polsku.

[wiem, że byo]

W mpiku zabójcze komunijne kombo: PS3 + 3 gry + Biblia.

I komentarz na Gizmodo.

Tagged , ,

Linki (13): o pisaniu na papier i na ekran.

Jedną z przyczyn mojego rozstania się z redakcją Esensji był opór przeciwko portalizacji. Esensja w zasadzie nie płaci, jedyną nagrodą jest to, że tekst powisi na jedynce przez… no właśnie, przez ile? W cyklu miesięcznym miesiąc, dodatkowo deadline daje motywację, żeby się sprężyć i wydalić z siebie ten kawałek o którym mysli się już drugi miesiąc. Ale jeśli efekt pracy ma być reklamowany dzień, albo i nie cały, to po co się starać?

Esensja się sportalizowała, i co symptomatyczne przestała zamieszczać ciekawe materiały własne, w zasadzie stała się tubą rezonującą PR publikatorów popkultury. O to też się spierałem. Lepsza ciekawa debiutancka powieść, niż bezensowne sprężanie się nad numerem specjalnym o filmie który będzie zapomniany za dwa lata. Ale widać na naczelnych wizja tego, że Prawdziwe Media pozwolą sobie obciągnąć, zrobiła nieodparte wrażenie.

Z innej strony, jakoś do mnie nie dotarło nigdy przekonanie, że blogowanie jest jakimś superodmiennym medium, wiadomo, że liczy się styl pisania i żeby nie być tl;dr. Wojtek Orliński pisał na Usenecie, że on to nie lubi poważnych analitycznych artykułów, tylko tak sobie popierdalać, i jego idealnym kanałem są Wysokie Obcasy. Co się sprawdza o tyle, że jak w ostatnich Obcasach zacząłem czytać artykuł o amerykańskich opuszczonych miastach to po zdaniu o wycieczce samochodowej wiedziałem że to on. Wojtek ma lekkie, sprawne pióro, ale Hunterem S. Thompsonem nie jest, nawet na Route 66.

Poważna prasa zaczęła emulować ten trend, czego zabawnym skutkiem jest np. to, że najsensowniejsze omówienie aktualnego kryzysu finansowego, jakie widziałem, pochodzi z magazynu mającego się zajmować muzyką i — kiedyś — pisaniem o zażywaniu narkotyków.

W każdym razie teza o tym że blogowanie to nie pisanie dotarła mnie kiedy ją odwołano (był na ten temat ładny post u Carra albo na Techcrunchu, ale nie mogę tego znaleźć teraz). Byłem kiedyś dość zaskoczony kiedy zobaczyłem zdjęcia o stanowiskach pracy pisaczy (blogerów?) z jakiegoś technicznego blogoida, małe zabałaganione nory w mieszkaniach, gdzie tkwiąc 20h na dobę walczą o kliki przez bycie pierwszym w przeblogowaniu jakiejś informacji. Bo w odróżnieniu od papierowej prasy, tu jest metryka zainteresowania publiki co do jednego spojrzenia i kliknięcia. Chyba bym już wolał smażyć burgery (via brutto).

Tylko że to jest jałowe, poza dystrybucją, nie dodaje żadnej wartości.

Na jednym konwencie spotkałem amerykańskiego pisarza, którego opowiadania bardzo lubię, natomiast on pisze ich mało, pisze za to mniej lub bardziej kupiaste powieści. Nie zapytałem go dlaczego, jednak teraz gdy o tym myślę, jest to oczywiste, pisze bo jest zawodowcem i musi wyprodukować odpowiednią ilość produktu. Tak po prostu.

A pisać dobrze i na zawołanie się nie da (via brutto).

Ekonomia uwagi.

Na skutek pewnych okoliczności niezależnych, własnych postanowień, tudzież awarii najważniejszego ustawienia w moim übertelefonie komórkowym (co sprowadziło telefon do funkcjonalności IPhone’a), jestem przez większość czasu odcięty od sieci, co chwilami bywa nieco kłopotliwe.

Pierwsze dni były ciężkie. Continue reading ›

Notka o strachu.

[z okazji „rozpoczęcia sezonu” dawno planowana notatka]

Uśredniona rozmowa o jeżdżeniu motorem wygląda tak:

— Motorem jeżdżę.
— Ale to jest niebezpieczne! Wujka Józka konia szwagra syn zabił się na motorze! Nie boisz się?
— Boję się. Jak cholera.
— …
Continue reading ›

Tagged

Linki (13): haute couture zamiast pasiaków.

Znaczy, ja wiem, że anoreksja, że to się leczy, że zaburzenia emocjonalne, że cokolwiek, ale zdjęcia na tym blogu (via brutto) zrobiły na mnie szokujące wrażenie. Samym medialnym skojarzeniem, szkielety w skórze — ale na wybiegach a nie za drutami.

I najdziwniejsze jest to, że to nie jest przeginanie sygnału seksualnego (jak np u pakerów czy gwiazd porno), bo dla mężczyzn atrakcyjne są odpowiednie proporcje ciała, a nie absolutne parametry, więc jedynym żródłem takiego wizerunku jest artefakt kultury haute couture, na chudych ciuchy lepiej leżą.

[na szczęście najgorsze z tych zdjęć przy drugim oglądaniu okazało się szopką z Worth1000.com]

Ladies and gentlemen, start your wordprocessors

MRW kwestionuje sens felietonu Jacka Dukaja w którym Jacek rozważa na jakie książki teraz jest miejsce w polskiej świadomości. A to jest w sumie całkiem ważne pytanie. Hard SF miała swój kwadrans kiedy ludzkość zachłystywała się rozwojem nauk ścisłych, eskapistyczna fantasy rozkwitła kiedy okazało się, że nie wszystkim uda się zostać yuppie z rolexem na ręce za kierownicą porsche.

Są dwie szkoły pisania. Ta z amerykańskich podręczników mówi, że należy pisać podobnie do tego co się sprzedaje. Niejawne założenie jest takie, że pisarz ma na tym zarabiać, zarobki są wielowymiarową funkcją gładką i różniczkowalną i trzeba znaleźć maksimum, najlepiej globalne. Gdzie indziej nazywa się to pisaniem pod publiczkę. Nie uważam tego za naganne, wymaga to bardzo dobrego warsztatu i solidnego zrozumienia psychologii potencjalnych odbiorców, problem jest tylko taki, że w Polsce rynek jest płytki i kokosów z tego nie ma.

Druga szkoła, nazwijmy ją europejską, w Polsce propagowana np przez szkółkę pisarską Feliksa W. Kresa publikowaną kiedyś w „Fenixie”, a później w jednym szmatławcu. W tej szkole podstawowa zasada brzmi: pisz takie rzeczy jakie sam[a] chciabyś przeczytać — tu szukałbym źródeł felietonu Jacka.

Jest jeszcze trzecia i czwarta szkoła, trzecia, artystyczna polega na tym, że autor zastanawia się jakich rzeczy nie dostrzegają potencjalni odbiorcy a potem próbuje ten stan zmienić, zwracając ich uwagę na Ważki Temat. W wersji zdegenerowanej dostajemy grafomanię szafującą wielkimi słowami.

Szkoła czwarta polega na wypisywaniu robaka który gryzie piszącego, wersja zdegenerowana to ciężki marysuizm. No, ale nie każdy może być Kafką.

Rozpisałem się albowiem jest okazja, samodzielnego rozważenia propozycji z felietonu, komentarzy MRW i tego co komu w duszy gra. Jakiś czas temu w Paradoxie zgadało się o nowej antologii hard sf jaką ma zamiar wydać wydawnictwo Powergraph. Dzisiaj mogę już otwarcie powiedzieć, że prawdopodobnie w tej antologii znajdzie się mój tekst „Ciśnienie ewolucyjne” (podpadający trochę pod punkt piąty felietonu (i, drogi MRW, nie trzeba do tego używać wątków turystycznych). Ale ważniejsze jest, że za moim poduszczeniem, Wydawcy zdecydowali się zmienić formułę antologii i ogłosić otwarty konkurs na opowiadanie hard sf, które zostanie włączone do zbioru.

Jest więc cel i okazja, żeby noszone latami pomysły rzucić na papier i pokazać światu.

Panie i Panowie — do klawiatur!

Tagged ,