O autorze

Mię­dzy trzy­dziestką a czter­dziestką, bli­żej dru­giej: smuga cie­nia — kiedy przy­cho­dzi już akcep­to­wać warunki nie­pod­pi­sa­nego kon­traktu, narzu­co­nego bez pyta­nia, kiedy wia­domo, że to, co obo­wią­zuje innych, odnosi się już i do cie­bie, że z tej reguły nie ma wyjąt­ków: cho­ciaż to prze­ciwne natu­rze, należy się jed­nak sta­rzeć. […] Smuga cie­nia to jesz­cze nie memento mori, ale miej­sce pod nie­jed­nym wzglę­dem gor­sze, bo już widać z niego, że nie ma nie­tknię­tych szans. To zna­czy: nie jest już żadną zapo­wie­dzią, pocze­kal­nią, wstę­pem, tram­po­liną wiel­kich nadziei, bo nie­po­strze­że­nie odwró­ciła się sytu­acja. Rze­komy tre­ning był nie­odwo­łalną rze­czy­wi­sto­ścią; wstęp — tre­ścią wła­ściwą, nadzieje — mrzon­kami; nie­zo­bo­wią­zu­jące zaś, pro­wi­zo­ryczne, tym­cza­sowe i byle jakie — jedyną zawar­to­ścią życia.

 — Sta­ni­sław Lem „Ananke”