[2008–05-01: przeredagowałem trochę językowo]
Ukazał się ostatni odcinek zeszytowego „Osiedla Swoboda .
Kupiłem, przeczytałem, i zrobiło mi się dziwnie. Potem przeczytałem jeszcze raz. I jakoś tak smutno się zrobiło.
W poprzednich dziełach (piszę to bez ironii) Śledzia zawsze można było znaleźć jakąś perełkę, jakiś kadr który można studiować przez kilka minut. W szóstym zero. Poprzednie Osiedla miały świetne okładki (swobodna ekipa z blantami, narkotyki niszczące domy, Krieg narysowany jak okładka któregoś Metal Gear Solid, czy Wiraż – powstaniec Babilonu). Tutaj – czerwone kółka. Jakoś tak na odwal się, mimo że fabuła pozornie uzasadnia.
To samo mogę powiedzieć o treści – narysowana na szybko, byle skończyć projekt. „Osiedle Swoboda przedtem rysowane było w stylu realistycznym. Ostatni zeszyt zaś jest w typowym stylu „Śledziu contemporary – takim w jakim rysowany był „Fido i Mel czy „Gnap . Narysowana jest ściana – normalnie byłoby na niej dziesięć grafitti Slipknota czy System of a Down — a tu gładziutko. Przedtem Śledziu nie bał się czarnego, teraz wrażenie jest takie jakby połowę albumu narysował kolorysta (Marian). To już nie to Osiedle.
No i bohaterowie są całkiem niepodobni do siebie, proszę porównać Młodą z poprzednich zeszytów i z ostatniego.
Ale dobrze że historia dostała swoje zakończenie. Bez tego odcinka zupełnie nie wiadomo o co chodzi w cyklu zeszytowym.
[…] jeszcze kontynuacja „Osiedla Swoboda w postaci czterozeszytowego cyklu, mam do niej mieszane uczucia. Historia grupki slackerów średnio klei się z historią gangsterską, swobodna ekipa jest tu […]