W klubie jest ciemno, ogłuszająca muzyka, tłum. Wchodzę do bocznej sali, schodami na piętro. Elżbieta siedzi w rogu, tyłem-bokiem do sali. Obok niej na krześle znajoma. Podchodzę się pożegnać, w tym momencie znajoma zrywa się, żegna się pospiesznie i wychodzi. Elżbieta zaprasza mnie na zwolnione krzesło.
Zaczyna się rozmowa dawno nie widzianych znajomych, co u mnie, co u niej. Ja mieszkanie i praca, to bardzo wygodne wyjaśnienie tego, że się nie bywa, nie jeżdzi i nie uczestniczy. Elżbieta i jej otoczenie stworzyli spore wydarzenie kulturalne, najważniejszą branżową nagrodę literacką, która w końcu przebila się nawet do mediów mainstreamowych, to wielkie osiągnięcie. Ale ciągle ktoś jest przeciw, ktoś pluje, tego ktosia ktoś podjudza.
Wcześniej tego dnia zapytała mnie, czemu przestałem się pojawiać na branżowych imprezacj, nie umiałem odpowiedzieć, po prostu coś pękło, coś się skończyło. I kiedy znowu wchodzę w gęstą atmosferę konwentu, uświadamiam się co. Nie mogę już znieść tych wojen, o to kto co kiedy powiedział i nie przeprosił, i dlaczego środowisko go toleruje. Drugie strony też mają swoje racje i swoich zwolenników, a mnie mierzi robienie polityki z solidnego, zwyczajnego eskapizmu.
W końcu żegam się, wstaję, schodzę na dół, zamieniam kilka słów z Teklakiem, podaję na pożegnanie kilka rąk, odbieram z szatni kurtkę i kask, wychodzę, odpinam i odpalam maszynkę. Nie piłem, ale reakcje mam miękkie, dopiero po chwili zimne powietrze szumiące w kasku odświeża mi zmysły. Trzecia w nocy, puste miasto, zimno przebija się nawet przez motocyklowe spodnie z grubej, miękkiej skóry.
I jadąc, nie mogę przestać się zastanawiać, czy ta ostatnia rozmowa to byla rozmowa dawno nie widzianych znajomych, czy audiencja mająca mi przypomnieć, komu jestem winien lojalność, gdybym chciał wrócić na łono rodziny.
„university politics are vicious precisely because the stakes are so small.” — henry kissinger.
Gooble gobble, gooble gobble!
@m: you lost me?
http://www.youtube.com/watch?v=bBXyB7niEc0
Ten wpis czyta się jak opowiadanie Dicka urwane w połowie.
W każdym razie teza: „Nikt z twoich znajomych nie rozmawia z tobą ot tak, żeby pogadać, każdy realizuje jakiś ukryty cel” wprowadzona w pierwszej połowie jest bardzo klasyczna. Pozostaje czekać na drugą połowę, gdzie okazuje się, że konflikt Elżbiety i jej adwersarzy to tylko zmyłka odciągająca uwagę od ich wspólnego spisku przeciw autorowi tekstu.
Ghoti, nie będzie drugiej części bo opisuję to co się zdarzyło. A skojarzenie z Dickiem, cóż, nie takie było wrażenie które opisywałem, ale to już kwestia warsztatu.
W tym porównaniu chodziło mniej wiecej o to: każde znane mi środowisko, niejako z definicji ma swoje kłótnie i podziały (wyjątek stanowi chyba tylko środowisko strzeleckie, ale to dlatego, że wszyscy jednoczą się przeciw wspólnemu wrogowi tzn. policji, która im nie wydaje pozwoleń) i już od indywidualnego podejścia zależy, co się z tym zrobi. Można przyjąć istnienie takich epizodów do wiadomości, po czym olać i zająć się ciekawszymi sprawami, a można się nimi przejmować — tu element dickowski — uznać je za centralny element wszystkiego i nadawać im więcej znaczenia, niż na to kiedykolwiek zasługiwały.
Oczywiście, nie znam za dobrze środowiska fantastycznego, więc mogę się mylić.
@wyjątek stanowi chyba tylko środowisko strzeleckie, ale to dlatego, że wszyscy jednoczą się przeciw wspólnemu wrogowi tzn. policji, która im nie wydaje pozwoleń
Serio? A nie ma nurtu „a nam wystarczą wiatrówki, spierdalajcie psychole”???
Rodzina przypomni o sobie w swoim czasie i na swój sposób. Pewnego razu znajdziesz w łóżku głowę konia, errr… kierownicę skutera.
Przepraszam, że zakłóciłam Twój spokój i idealny świat. Nigdy więcej tego nie zrobię. Żegnaj. Elżbieta