Wpadliśmy zdyszani (solidne przedwojenne czwarte piętro bez windy) i Frau Schiller wykrzyknęła „You’re late! radośnie oburzonym tonem. Byliśmy late, chyba ponad pół godziny. Za długo zostaliśmy w pomniku.
·
Z brzegu to wygląda trochę jak w Warszawie na placu Powstańców. Niskie betonowe klocki, ktore robią się coraz wyższe. W końcu wchodzi się między nie.
·
Wiedziałem że Frau w czasie wojny była w wieku poborowym, więc na końcu języka miałem coś o tym że byliśmy w pomniku jej młodości. Sam nie wiem czemu się powstrzymałem. Może dlatego że Agata miała tu jeszcze mieszkać, a może dlatego że Frau S. przyjęła mnie pod swój dach, kiedy bez zaklepanego noclegu znalazłem się w mieście niedźwiedzia w dniu jakichś ważnych rozgrywek piłkarskich i najlepszy nocleg jaki mógł zaproponować facet z dworcowego serwisu rezerwacji był odległy o 40 minut S-Bahnem i jeszcze pół godziny taksówką.
·
Stelle stoją w nierównych szeregach, poprzekrzywiane w różny sposób, ale z zachowaniem równych odstępów. Turyści swobodnie między nimi chodzą, można też pójść górą, przeskakując ze stelli na stellę. Kilka minut błądzenia i nagle jestem otoczony betonowymi blokami wyższymi ode mnie. Jak ustawione w równe rzędy baraki.
Niezły efekt, myślę, ale psują go widoczne w perspektywie drzewa i samochody. Można by na końcach tych korytarzy postawić pojecyńcze stelle tak, żeby było wyjście ale zasłonięte.
·
Frau Schiller przez całe życie mieszkała w Berlinie. Urodzona przed wojną, świetnie mówiła po angielsku, chodziła na wieczorki taneczne, miała jakiegoś faceta, –naście lat młodszego, udzielała się w amatorskim teatrze. Pełna życia starsza pani. Nigdy nie była w Polsce, ale wspominała, że po wojnie odwiedziła Danzig.
Jej mieszkanie w którym gościłem trzy dni, urządziła bardzo gemütlich, w nocy w drodze z łazienki zawsze mnie przerażał wieczorowo ubrany manekin siedzący na kanapie w salonie, w półmroku wyglądało to jakby ktoś się czaił.
·
Po dłuższym błądzeniu mędzy betonowymi blokami wychodzi się na coś w rodzaju polany, tam jest zejśćie do podziemi gdzie jest muzeum. Obsługa, a raczej ochrona, postawni panowie nie wyglądają na historyków-muzealników wpuszczają grupami po pięć osób. Schodami, w dół.
Pod ziemią idzie się salami wypełnionymi koszmarem, ale nie ma tam nic bezpośrednio strasznego. Piekło jest w głowie, w filmach które oglądało się w telewizji, w książkach które się czytało. Suche notatki o historii czy portrety rodzin z wyliczeniem kto przeżył a kto nie. Opisy śmierci która była zadaniem logistycznym, nie problemem moralnym.
Przed wyjściem stamtąd upewniłem się, że w księgarni nie ma magnesów na lodówkę, jak w innych muzeach. Są nawet w Haus am Checkpoint Charlie.
·
Później dowiedziałem się, że Frau jest Żydówką. Nie wiem jak spędziła wojnę, nie zapytałem.
·
Kiedy się wychodzi z dołu, kawałki normalnego życia widoczne w perspektywie korytarzy są jak łyk powietrza. Gdyby ich nie było widać, pozostałoby tylko rozwalić sobie głowę o kant najbliższej stelli. Są z dobrego, gęstego betonu.
·
Nigdy więcej nie będę pisać o Holokauście.
[…] nie jest tak, że ja jestem przeciwny pisaniu o Holocauście. To jest tak, że jest czas siewu i czas zbioru, i jest czas pisania o Zagładzie. A raczej był. […]