Zimno i deszcz.

Wycho­dzę na deszcz. Za lekko się ubra­łem na tę podróż, w pro­gno­zie było dwa­dzie­ścia kilka stopni, nie chcia­łem wkła­dać dwóch warstw. Teraz jest zimno, od kilku godzin z prze­rwami pada.

Idę na auto­bus, po dro­dze mło­dzian w malu­chu nie­bez­piecz­nie zajeż­dzą mi drogę, odska­kuję, pasa­że­ro­wie malu­cha śmieją się. Naprze­ciwko komendy poli­cji znak „ustąp pierw­szeń­stwa przy­płasz­czony do ziemi. Ktoś się nie wyro­bił, rano tak tego nie było.

Na przy­stanku jestem dwie minuty po cza­sie, nie widzia­łem prze­jeż­dża­ją­cego auto­busu. Star­sza pani z wielką czer­woną torbą mówi, że dwa­dzie­ścia dwa już dłuż­szą chwilę nie jechało. Następny według roz­kładu jest nie­bez­piecz­nie bli­sko odjazdu pociągu, mimo że na dwo­rzec jedzie tylko 5 min. Nie chce mi się wycho­dzić spod daszku chro­nią­cego przed desz­czem, żeby iść na alter­na­tywny auto­bus. Ale tu jesz­cze zatrzy­muje się dwa­na­ście, też na dwo­rzec, mimo, że nie pod­jeż­dża bez­po­śred­nio pod wejście.

Zupeł­nie nie­roz­kła­dowo pod­jeż­dża 22. Wsia­dam, ze mną star­sza pani z czer­woną torbą. Prze­jeż­dża jedem przy­sta­nek, może sie­dem­set metrów.

Po kupie­niu biletu, mam jesz­cze pół godziny do pociągu. Obcho­dzę wszyt­kie otwarte skle­piki i oble­śną post-Społemowską restau­ra­cję, szu­ka­jąc lokal­nej, natu­ral­nie sło­nej wody mine­ral­nej. Chcia­łem wziąć ze sobą, zapo­mnia­łem kupić w mie­ście. Nigdzie nie ma, za to wszę­dzie kom­plety pro­duk­tów Pep­siCo i Coca­Cola Bot­tlers Ltd.

W końcu sia­dam na pero­nie z któ­rego nie odje­dzie mój pociąg, stoi tam pospieszny do Trój­mia­sta, sko­ja­rze­nie „ten jedzie do Czer­skiego . Obser­wuję cere­mo­niał odjazdu, potem dzwo­nię do agentki ubez­pie­cze­nio­wej. Wysy­łam jesz­cze SMS i ruszam na swoj peron. Skoro nie mogę dostać „Kry­stynki , nie kupuję żadnej wody.

Mógł­bym pró­bo­wać poli­czyć ile razy byłem na tym pero­nie przez ostat­nie 10 lat, chyba ta liczba oscy­luje pomię­dzy 100 i 500. Ostat­nio dużo rza­dziej. Zwy­kle cze­kam na końcu peronu, ale nie dzi­siaj, nie mam ochoty mok­nąć, nie wycho­dzę spod dachu.

koniec peronu

Na pociąg czeka spora grupa. Szczu­pła, smu­kła dziew­czyna poru­sza się jakby w figu­rach baletu kla­sycz­nego. Przy­glą­dam się, chyba zauważa moje zain­te­re­so­wa­nie, nieruchomieje.

Kiedy szu­kam prze­działu, w tym w któ­rym ona już sie­dzi jest wolne ide­alne miej­sce — tyłem do kie­runku jazdy, przy oknie. Rzu­cam w prze­strzeń neu­tralne „dzień dobry” i szybko tam sia­dam. Wyj­muję swoją apa­ra­turę do tłu­mie­nia rze­czy­wi­sto­ści, wywiad z Lemem, kry­mi­nał z kotem.

PKP Kutno

W Kut­nie dłuż­szy postój, szyb­kie spoj­rze­nie za okno i sekunda paniki — jadę już ponad 2h a znowu jestem na star­cie? Ale roz­po­znaję tra­pe­zo­wate daszki nad zej­ściami z pero­nów. To Kutno, nie Toruń.

Dziew­czyna czy­tała jakiś gruby, zaczy­tany tom, teraz trzyma książkę zamkniętą, grzbie­tem do mnie. Natę­żam wzrok, ale napis jest odwrot­nie, nie udaje mi się poskła­dać tytułu ani nazwi­ska autora. Nie chcę wpa­try­wać się zbyt nachal­nie, w końcu pod­daję się, odwra­cam wzrok.

Na Zachod­nim iPod losuje „Bleed It Out” Lin­kin Parku. Słu­cham chwilę, potem prze­rzu­cam odtwa­rza­nie na następny kawa­łek, dawno już nie sły­sza­łem solówki z „No More Sor­row”. Nad głową prze­myka mi zie­lony neon hotelu Cam­pa­nille na placu Zawi­szy. Pakuję się szybko. Dziew­czyna o figu­rze tan­cerki chowa swoją książkę do walizki i odzywa się nagle do mnie.

— Jak panu się udało prze­czy­tać tę całą książkę?
— Którą?
— Tę o kocie.
— Wprawa, zresztą co to jest, sto pięć­dzie­siąt stron.

Wjeż­dżamy na Cen­tralny, wysia­damy. Dziew­czyna idzie kilka metrów przede mną, cią­gnąc swoją walizkę z rączką, ja zostaję w tyle. Widzę ją jesz­cze kiedy kie­ruję się w stronę wyj­ścia do tram­wa­jów, scho­dzi po scho­dach i wycho­dzi z mojego wszech­świata. Wycho­dzę na deszcz.

One Comment

Leave a Reply

Your email is never shared.Required fields are marked *