You wake up at Stansted, you wake up at Schiphol, you wake up at Włoszczowa Północ

Zaczyna się tak, że wcho­dzisz któ­re­goś dnia spraw­dzić pro­mo­cje w Locie, kli­kasz pierw­szą z brzegu i wyska­kują bilety do Amster­damu za czte­ry­sta zło­tych. Pre­zent uro­dzi­nowy, no bo czemu nie. Potem do planu podróży tra­fia Bruk­sela, daleko nie jest, trzeba odwie­dzić. I kiedy wra­casz, koniec paź­dzier­nika zamie­nił się już w dobrze roz­pę­dzony listo­pad, i cho­ciaż jesz­cze kilka dni temu pili­ście i pali­li­ście sto­jąc przed klu­bem na Andersa, teraz jest już jesień i trzeba się z tym pogodzić.

Koń­czy się tak, że bie­gniesz do pociągu, pierw­szy raz przez ten mie­siąc bie­gniesz, prawie-spóźniony, bo była inte­re­su­jąca roz­mowa, za dużo wina, a potem nie­do­ga­da­nie z kra­kow­ską tak­sówką. Potem idziesz przez całą dłu­gość pociągu, do tego wagonu gdzie zare­zer­wo­wa­łeś sobie miej­sce przy oknie i mijany kie­row­nik pociągu mówi coś o wska­ki­wa­niu w ostat­niej chwili i gdyby nie wstrzy­mał odjazdu to byśmy nie zdą­żyli, na co mówisz że zdą­ży­li­śmy prze­cież, a miej­sce przy oknie oka­zuje się przy przej­ściu bo przy oknie sie­dzi wysoka blon­dynka o inte­re­su­ją­cym nosie. I nie masz już siły, sia­dasz, roz­luź­niasz kra­wat wią­zany wcze­śniej — z braku lustra — w pod­glą­dzie mniej­szej kamery tele­fonu, pusz­czasz w słu­chaw­kach remiksy z Outrun Europa i zasy­piasz, a kiedy obu­dzisz się we Włosz­czo­wej Pół­noc jest już grudzień.

A pomię­dzy jest Lon­dyn, i auto­ma­tyczna bramka dla pasz­por­tów bio­me­trycz­nych na Stan­sted i roz­mowa o stra­te­giach wyj­ścia, jakie są moż­liwe gdy­byś w to wszedł, jest zagu­biona prze­siadka na dworcu w Rot­ter­da­mie, zimny wie­czór w Bruk­seli, Edam jak z pocz­tó­wek, jest zimny wiatr i słabe jesienne słońce pada­jące na stare wojenne baraki, posta­wione tanim kosz­tem wokół nieco eklek­tycz­nego, pod­lon­dyń­skiego man­sion, w któ­rych sie­dem­dzie­siąt lat temu prze­rzu­cono zwrot­nicę świata tak że powstało to spook coun­try w któ­rym żyjesz, i frytki i piwo pite z Moniką w Cam­den i nocny powrót pod­czas któ­rego zapi­su­jesz sobie datę kon­certu Archive który będzie tutaj za pół roku.

Canary Wharf

Potem idziesz do Lidla, zamknięte bo wtem, nagłe prze­me­blo­wa­nie, więc skrę­casz do pobli­skiej Bie­dronki, w kie­szeni dzwoni tele­fon. Praga pyta czy jesteś dalej zain­te­re­so­wany pracą, i mówisz żeby zadzwo­nili za godzinę, a kiedy dzwo­nią i prze­pra­szają za obsuwę bo spo­tka­nia, nie odpo­wia­dasz na zada­wane pro­fe­sjo­nal­nym tonem pyta­nie bo już nie potra­fisz się prze­jąć, wyboru doko­na­łeś dawno temu, pod­czas któ­re­goś wie­czor­nego spa­ceru nad Tamizą i zda­jesz sobie sprawę, że za któ­rymś razem, gdzieś nad chmu­rami, obu­dzi­łeś się jako ktoś inny.

One Comment

Leave a Reply

Your email is never shared.Required fields are marked *