Tomasz

Nie pamię­tam jak go pozna­łem. Chyba na jed­nej z epic­kich imprez Kai, przy­cho­dził tam wtedy ze szczu­płą, jakby zawsze lekko zagu­bioną kon­sul­tantką z IBM. Nasze drogi wio­dły podob­nymi, ale nie iden­tycz­nymi szla­kami, fascy­no­wały nas różne dia­lekty wspól­nego języka tech­no­lo­gii, on był z Pozna­nia, ale mogli­śmy się spo­tkać, poznać w Toru­niu, pod­czas oświe­tlo­nych zie­loną poświatą nocy w ponu­rym gma­chu na Cho­pina. Ale się nie poznaliśmy.

Potem wylą­do­wa­łem z nim w jed­nej fir­mie, potem, w jed­nym dziale, w sąsied­nich poko­jach. Ja sie­dzia­łem obok Mar­cina który po godzi­nach grał ogony w pro­gra­mach tele­wi­zyj­nych i tań­czył. Tech­no­lo­giczny dia­lekt Mar­cina miał wyszu­kany, stan­fordzki akcent, mój zgrzy­tał szwedz­kimi nale­cia­ło­ściami. To czym fascy­no­wał się Tomasz zacią­gało kali­for­nij­skim luzem val­spe­aku. W podob­nej tra­dy­cji wiel­bił Zappę, oprócz tego malo­wał i pisał, nie poka­zy­wał, ale pisy­wał blogi kaso­wane po jakimś cza­sie. Miał ładny, melan­cho­lijny styl.

Jakoś wtedy zaczął grać na gita­rze, opę­tany GAS-em zama­wiał do firmy sprzęt — gitary, prze­wody, pod­łą­czane do kom­pu­tera inter­fejsy. Namó­wił kilka osób z firmy, przez kilka lat w róż­nych kom­bi­na­cjach, pod róż­nymi nazwami cią­gnał swój skład. Był cał­kiem nie­zły tech­nicz­nie, a w każ­dym razie sporo lep­szy ode mnie, bo mnie też namó­wił, jedna czy dwie próby na któ­rych coś brzdą­kam w tle to jedno z pię­ciu naj­in­ten­syw­niej­szych prze­żyć mojego życia. Napi­sa­łem mu wtedy tekst do pio­senki, ale chyba nie przy­padł mu do gustu, wolał rze­czy bar­dziej poetyc­kie, bar­dzie nie­ja­sne, mniej oczywiste.

Potem drogi nam się roze­szły, widy­wa­łem z daleka pło­myk obec­no­ści jego sta­tu­sów w cyber­prze­strzeni. Cza­sem odzy­wa­łem się z próbą umó­wie­nia się na muzy­ko­wa­nie, przez kilka lat udało się raz, cho­ciaż na SoundC­lo­udzie widzia­łem, że tworzy.

Potem coś zaczęło się psuć, poka­so­wał blogi, zaczął pozby­wać się sprzętu. Odku­pi­łem od niego dwa efekty i tani chiń­ski bas, kiedy po nie poje­cha­łem, prze­ga­da­li­śmy ponad godzinę, dobra roz­mowa o życiu i sztuce. Potem zro­bił mi jedno z naj­lep­szych zdjęć jakie mam, prze­rzu­cił się wtedy na fotografię.

Efekt

Jesz­cze póź­niej wró­cił do muzyki, z dru­gim Toma­szem robili cie­kawe, choć nie w moim guście rze­czy. Ale kiedy przy­cho­dził smu­tek pusz­cza­łem sobie jego „while your boy­friend sleeps”.

Ode­zwa­łem się do niego przed Świę­tami, rytu­alna próba umo­wie­nia się na jam. Miał mieć czas po Nowym Roku. Kiedy wczo­raj zoba­czy­łem czer­wone świa­tełko obec­no­ści, powie­dział że roz­dał resztę sprzętu, oddał wypiesz­czo­nego Les Paula i uko­cha­nego PRS-a. Nie chce już grać, nie napra­wił tym swo­jego świata.

5 Comments

Leave a Reply

Your email is never shared.Required fields are marked *