Trzeba wjechać w tę burzę.

Po prze­bu­dze­niu, przez okno widzę błę­kitne niebo. Pra­wie w to nie wierzę, wczoraj lało, a kiedy w nocy wycho­dzi­łem z pracy dosta­łem w twarz falą gradu. Teraz wstaję szybko, nie podo­baja mi się coraz gęst­sze strzępy chmur na zimo­wym błę­ki­cie. Jadę do biura, wycią­gam z szafy sprzęt, pakuję do ple­caka. Wypła­cam pie­nia­dze z ban­ko­matu, i na auto­bus. 710 ma być za kwa­drans, ale kiedy cze­kam w kolejce do kio­sku mija mnie PKS Warszawa-Góra Kal­wa­ria przez Konstancin.

Porzu­cam kolejkę, płacę za bilet 2,50, wsia­dam do pra­wie pustego auto­busu. Jazda nie trwa długo, po dwu­dzie­stu minu­tach wysia­dam za Starą Papier­nia, dzwo­nię do kon­tra­henta. Zanim przy­je­dzie kupuję w skle­pie napój, star­sza pani w kolejce za mną prze­pra­sza mnie, że wcięła się pierw­sza ze swoim zamó­wie­niem. Aż mi głupio.

Kon­tra­hent przy­jeż­dża po kwa­dran­sie, i dopiero wtedy zaczy­nam się dener­wo­wać. Dojeż­dżamy do domu w środku niczego. Krótka dys­ku­sja o zdej­mo­wa­niu butów, będę się prze­bie­rał więc zosta­wiam je w przed­po­koju. W salo­nie spraw­dzam umowę, doku­menty, pod­pi­su­jemy. Drżą mi ręcę, chyba przez trzy lata wysił­ków nie wie­rzy­łem, że uda mi się zre­ali­zo­wać to marzenie.

Odli­czam pie­nią­dze, pakuję się, prze­bie­ram w ciu­chy wyjaz­dowe. Kon­tra­hent wypro­wa­dza moto­cykl na ulicę wąską ścieżką mię­dzy pose­sjami; główny wyjazd wycho­dzi na kil­ka­na­ście metrów błota ide­al­nego na jeż­dże­nie quadem albo tre­ning enduro. Krótka poże­gnalna roz­mowa o zale­tach i wadach kasków szczę­ko­wych, i o tym że będę musiał dobrać ben­zyny bo jest na jakieś 5km.

Poda­jemy sobie ręce, wsia­dam. Zrzu­cić ssa­nie, sprzę­gło, bieg, gaz, sprzęgło.

Po kil­ku­na­stu metrach zatrzy­muję się, popra­wiam lusterka, miękko ruszam dalej.

Tak samo jak po pierw­szym spo­tka­niu w nie­dzielę, nie umiem wyje­chać z powro­tem na Kon­stan­cin, ruszam na Pia­seczno. Po dro­dze auto­mat Neste, ale nie czuję się na tyle pew­nie, żeby skrę­cać w lewo w sznu­rze samo­cho­dów na dwupasmówce.

Dojeż­dżam do Pia­seczna, mijam Polko­lor, skrę­cam w Puław­ską, zatrzy­muję się na świa­tłach, sil­nik gaśnie. Mia­łem zabrać z biura kani­ster z rezerwą, ale spie­szy­łem się. Spy­cham moto­cykl na chod­nik, na szczę­ście jest czer­wone, i roz­glą­dam się. Na ukos przez skrzy­żo­wa­nie sta­cja ben­zy­nowa Luko­ilu. Ostroż­nie zawra­cam i pcham przez przej­ście dla pieszych.

Zej­ście z chod­nika na sta­cję jest strome, przed­nie koło zeska­kuje z kra­węż­nika i prze­suwa się po zapiasz­czo­nej kostce, przez chwilę mam wra­że­nie, że moto­cykl po raz pierw­szy w ciągu szes­na­stu lat swo­jego ist­nie­nia spo­tka się z pod­ło­żem w spo­sób nie­kon­tro­lo­wany, ale udaje mi się go utrzy­mać w pio­nie. Tan­kuję pięć litrów, płacę, robię zdję­cie i wysy­łam na blipa (doj­dzie z kil­ku­go­dzin­nym opóź­nie­niem), ruszam dalej.

Z zasko­cze­niem samego sie­bie skrę­cam w Wał­brzy­ską, potem w Dolinkę Słu­że­wiecką i gra­tu­luję sobie głu­poty, korek jest aż do skrzy­żo­wa­nia z Wila­now­ską. Pierw­szego dnia nie chciał­bym ryzy­ko­wać, ale mię­dzy rzę­dami samo­cho­dów są sze­ro­kie alejki, Gol­dWing by się zmie­ścił, więc prze­ci­nam korek aż do świateł.

Na Sobie­skiego mogę spraw­dzić przy­spie­sze­nie, przy 80 ostre zimno zaczyna mi prze­wie­wać zimowe buty. Nad cen­trum mia­sta wiszą cięż­kie oło­wiane chmury, nade mną jesz­cze słońce i białe strzępy ale wygląda, że dalej czeka mnie zała­ma­nie pogody, a co naj­mniej ostry wiatr. Mam jechać w tę burzę?

Cią­gle zapo­mi­nam trzy­mać się baku udami. W gło­wie głos instruk­tora „no jak sie­dzisz Alex, no jak?! . Popra­wiam się, pró­buję roz­luź­nić ręce, nie opie­rać się na kie­row­nicy. Jestem ogłu­szony rykiem wyde­chu, zmar­z­nięty i zesztyw­niały, to działa jak nar­ko­tyk. Trzeba będzie zatrzy­mać się gdzieś i napić cze­goś cie­płego. Jadę w kie­runku burzy.

[to było tydzień temu]

5 Comments

Leave a Reply

Your email is never shared.Required fields are marked *