Notka o strachu.

[z oka­zji „roz­po­czę­cia sezonu dawno pla­no­wana notatka]

Uśred­niona roz­mowa o jeż­dże­niu moto­rem wygląda tak:

— Moto­rem jeż­dżę.
— Ale to jest nie­bez­pieczne! Wujka Józka konia szwa­gra syn zabił się na moto­rze! Nie boisz się?
— Boję się. Jak cho­lera.
— …

Tu roz­mowa zwy­kle się urywa, jakby kon­cept robie­nia cze­goś nie­bez­piecz­nego z wła­snej woli, był tabu. Pyta­nie „dla­czego z wła­snej woli robię coś, czego się boję nie pada, zresztą nie umiał­bym na nie odpo­wie­dzieć, wszystko co przy­cho­dzi mi na myśl kiedy się nad tą odpo­wie­dzią zasta­na­wiam, to banały, albo neurofizjologia.

Żyjemy w świe­cie który wpy­chamy w coraz więk­szą racjo­nal­ność, wszystko co ma być dostępne prze­cięt­nemu czło­wie­kowi, ma być nie­groźne, stąd coraz więk­sza popu­lar­ność roz­ma­itych symu­la­krów. Cza­sem kiedy prze­py­cham się przez korek obok tych wszyst­kich błysz­czą­cych SUV-ów i limu­zyn z oknami obwie­dzio­nymi chro­mo­waną na sre­brzy­sto listwą, zasta­na­wiam się, jak wygląda men­talna mapa rze­czy­wi­sto­ści kogoś z tej grupy życio­wych tra­jek­to­rii, uro­dzo­nego na pod­miej­skim osie­dlu, wożo­nego przez rodzi­ców samo­cho­dem, póź­niej swoim wła­snym, kogoś kto nigdy nie widział i nie czuł w auto­bu­sie śmier­dzą­cego menela, nie sły­szał lan­siar jadą­cych na sobotni połów do Pie­karni czy innej Uto­pii, kogoś kto nie wie jak się jeź­dzi metrem, zawsze bez­piecz­nego za strefą zgnotu, barierką zabez­pie­cza­jącą stok, ple­cami ochro­nia­rza, poduszką powetrzną, przy­ci­skiem wzy­wa­nia patrolu ochrony.

Nie mają­cego kon­taktu z rzeczywistością.

I nie umiem sobie tego wyobrazić.

21 Comments

  • Wpraw­dzie bez motoru, ale też ostat­nio o tym myślałem.

    A teraz wła­śnie przy­po­mnia­łem sobie, że Ste­phen­son o tym dwie książki napisał.

  • mostro wrote:

    mrw: które wg ciebie?

  • Bez­pie­czeń­stwo jazdy na „motu­rze”, czy jego brak nie ma związku z tym, czy ktoś był wycho­wany w cie­pełku, czy nie. Nato­miast na poglądy jak naj­bar­dziej ma wpływ to, czy Wujka Józka konia szwa­gra syn zabił się na tym moto­rze, czy nie. W mojej rodzi­nie np. z moto­cy­klami było ciężko wła­śnie z takiego powodu (zwy­kle na początku listo­pada odwie­dzam ten „powód” cho­ciaż oso­bi­ście go nie zna­łem), choć moi rodzice raczej nie byli wożeni w wygod­nych fote­li­kach przy­tro­czo­nych iso­fik­sami do mod­nych SUV-aków. Prze­łknęli WSK-ę 175, prze­łknęli ETZ-kę, ale potem już pew­nie nic by nie prze­łknęli. I pew­nie cie­szyli się, że syn nie ma za co kupić następnego.

    Prawda jest taka, że na moto­cy­klu o wiele łatwiej o dzwona (znam to uczu­cie, dzwo­ni­łem, 20-50cm bli­żej przodu celu i nie wiem, czy bym pisał te słowa). Prawda jest też taka, że od tam­tych lat samo­cho­dów przy­było, za to umie­jęt­no­ści wśród ich użyt­kow­ni­ków nie­ko­niecz­nie (w końcu to jesz­cze jedno AGD) i we mnie też gdzieś sie­dzi to prze­świad­cze­nie, że jak wsiądę na moto, to znaj­dzie się jakiś pajac, któ­rego pod­świa­do­mość postawi sobie za punkt honoru, aby mnie uklepać.

    Po dzwo­nie nie­stety nie było kasy na kolejny sprzęt, a i rodzina już w ogóle nie chciała sły­szeć o zwięk­sza­niu szans na 2:0 dla kostu­chy. Zna­czy pałę­tały się gdzieś zwłoki jakie­gos poza­wod­nicz­nego SKM-a, ale nie­stety nigdy nie powstały i pew­nie zgniły na złomie.

    Powiem też, że pięt­na­ście lat nie sie­dzia­łem na moto­cy­klu, ale ostat­nio zda­rzyła się oka­zja. I choć prze­jażdżka nie spra­wiła mi przy­jem­no­ści (nogi jak z drewna, ręce jak z drewna, nigdy wcze­śniej nie sie­dzia­łem na czymś, co waży 200+kg, więc to moto­cykl pro­wa­dził mnie, a nie ja moto­cykl), to jed­nak myśl o tym, żeby wró­cić na dwa koła, jest upier­dli­wie natar­czywa. Ale już bez par­cia takiego, jak te pięt­na­ście lat temu (cho­ciaż mój pierw­szy ton up wciąż czeka). Chyba czas na jakie­goś sin­gla w dobrym, sta­rym stylu.

    A mło­dym wylęk­nio­nym rodzi­com pole­cam edu­ka­cję od naj­młod­szych lat. I zapo­zna­wać szcza­wia ze sprzę­tami od początku (w końcu są endu­raki dla led­wie odro­śnię­tych od ziemi), jak przyj­dzie jego czas, to nie będzie wyposz­czony i wyrywny, bo to wszystko będzie już mu znane. Inna sprawa, że do tego potrzebne są tra­dy­cje. I zain­ste­re­so­wa­nie rodzica, a nie podej­scie „kupię szcza­wiowi quada, to się sobą zaj­mie”. A potem jest „ola­boga, zabił się, co ja biedny pocznę!”. I stąd się biorą Wujka Józka konia szwa­gra synowie.

  • Zamieć” (nowe poko­le­nie mafio­zów) i „Dia­men­towy wiek”, oczywiście.

  • Michał wrote:

    Alex. Ale o co ci cho­dzi?
    Dla jed­nych dopusz­czal­nym ryzy­kiem jest podróż noc­ni­kiem, dla innych popier­dzie­la­nie Trium­phem 1000cm3 bez prawka.
    Czy myślisz, że dzieci tych od bul­wa­ro­wych tere­nó­wek czy krat­ko­wych wyści­gó­wek też takie będą?
    Moim zda­niem wła­śnie oni pierwsi siądą na szli­fierę, bo prze­cież nic się im nie może stać.
    A jeśli cho­dzi o tych w SUVach czy z chro­mami… No cóż… To po pro­stu sym­bol pozy­cji. Tak jak modny gadżet, czy drogi zega­rek. Nie mogą się poka­zać ina­czej. Co by inni powie­dzieli… Ale „z moją pozy­cja nie ucho­dzi pod­je­chać na SRce”…

  • robson wrote:

    Słuszne podej­ście.

    Ja się boję jeź­dzić pół­to­ra­to­no­wym autem ze strefą zgniotu pasami i podu­chą. Wcze­śniej bałem się jeź­dzić rowe­rem, tam gdzie mia­łem odci­nek taki, że ni chu się nie da po pobo­czu ani po chodniku.

    Jeśli się kie­dyś prze­stanę bać, to wtedy dopiero będzie się czego bać.

    A wujów szwa­gra synów ojców po pro­stu wytrą­casz z planu kon­wer­sa­cji: powi­nie­neś się upie­rać, że jeź­dzisz bez­piecz­nie to abso­lut­nie cie­bie nic nie spo­tka, a oni by cię prze­ko­ny­wali jak to jed­nak jest nie­bez­piecz­nie i zyska­liby poczu­cie dobrze speł­nio­nego obo­wiązku zawra­ca­nia bliź­niego ze złej drogi — a tu zonk. To chyba prost­sze wyjaśnienie.

    R.

  • ghoti wrote:

    Bo oprócz stra­chu to jed­nak daje kupę frajdy” liczy się jako odpo­wiedź neu­ro­fi­zjo­lo­giczna czy banalna? Zresztą to prze­cież i tak jedno — my wszy­scy psy­chole odda­jący się nie­bez­piecz­nym roz­ryw­kom, zesta­wiamy pod­świa­domy bilans stra­chu i strzału z dopa­miny, jaki daje nam robie­nie psy­chol­skich rze­czy i pod­świa­do­mie wycho­dzi nam, że to się jed­nak kal­ku­luje. Dora­bia­nie do tego ide­olo­gii, że nie zna życia, kto nie jeź­dził na Koma­rze, jest bez sensu, nie mówiąc już że pretensjonalne.

  • Ghoti: jak raz nie każ­dego kręci jazda peł­nym ogniem, ze scho­dze­niem na kolano w każ­dym win­klu i wyj­ściem z niego w pośli­zgu czy z unie­sio­nym przed­nim kołem. Jedni chcą być Ros­sim, inni lubią sobie popyr­kać, byle wiatr hulał wokół gęby i na zakrę­tach tro­chę hory­zont się prze­chy­lał. To może być po pro­stu przy­jemna rzecz i bez anga­żo­wa­nia układu hormonalnego.

  • ghoti wrote:

    @r
    „bez anga­żo­wa­nia układu hormonalnego”

    Jeśli myślisz, że pod­czas spo­koj­nego pyr­ka­nia albo czy­ta­nia wyjąt­kowo pasjo­nu­ją­cej powie­ści Jane Austen nie dosta­jesz strzału z dopa­miny, to się mylisz. A okre­śle­nie „psy­chol­skie rze­czy” miało być iro­niczne z zało­że­nia, do głowy mi nie przy­szło, że ktoś to potrak­tuje poważnie.

  • Mia­łem raczej na myśli to, że nie­któ­rzy muszą dostać strzała takiego, że scho­dzą z motoru z trze­są­cymi się nogami i rękoma. Nie wszy­scy tego potrzebują.c

  • tmarc wrote:

    Pomi­ja­jąc wątek moto­rowy, pyta­nia o astro­nau­tów i ich dzieci w kap­su­łach dobre — z dru­giej strony warto cza­sem spę­dzić (np. mimo­wol­nie) noc na jakimś zapy­zia­łym dworcu (np. Alek­san­drów Kujaw­ski czy inny Ełk), żeby samemu się zba­dać na ode­rwa­nie od ziemi.

  • @tmarc

    KUTNO!!!!

    Nie zna życia kto nie kiblo­wał w bufe­cie na dworcu w Kut­nie. Albo w Gnieź­nie. Albo w Aleksandrowie.

    W ogóle bra­ku­jące zakoń­cze­nie tej notki uło­żyło mi się kiedy pod­czas ponie­dział­ko­wego świą­tecz­nego spa­ceru do Cyta­teli (minę­li­śmy się o kilka godzin albo o dzień), zła­pa­łem się na myśle­niu „ale stromy ten stok, powinna być barierka bo ktoś spadnie.

    @młotek

    Do pasa­że­rów luk­su­so­wych kap­suł mam jedy­nie takie zastrze­że­nie, że w odróż­nie­niu od pod­rdze­wia­łych kombi pra­wie nigdy nie ustę­pują drogi.

    Cho­dziło mi raczej o to, że two­rzy się grupa spo­łeczna pozba­wiona umie­jęt­no­ści prze­by­wa­nia w środo­wi­skach nie­kon­tro­lo­wa­nych, jak Tmarc to napi­sał, „astro­nau­tów. Wła­śnie dla­tego wsiądą na „litra i wylą­dują na pierw­szym drze­wie, bo nigdy się nie spo­tkali z koniecz­no­ścią sza­co­wa­nia ryzyka, czy ogól­niej mówiąc, licze­niem się z rze­czy­wi­sto­ścią, w tym innymi ludźmi.

    @r

    Strzał to funk­cja doświad­cze­nia, począt­ku­jący z trzę­są­cymi się nogami scho­dzi nawet ze skutera.

    Jak cią­gnie i bez sza­leństw, to może jakieś lek­kie enduro? 200 nie poleci, na miej­skie wyboje się nada.

  • @MRW

    Dia­men­towy wiek po gleb­szym namy­ślę się zgo­dzę (Nell kon­tra jej towa­rzyszki ze szkoły?), ale „Zodiak? W któ­rym miejscu?

  • […] z czte­rech dni offline, po przej­rze­niu wszyst­kich bac­klo­gów, zasko­czyla mnie tylko dys­ku­sja pod notką o stra­chu (jakoś tak się przy­zwy­cza­iłem, że pies z kulawą nogą tu nie komen­tuje), i nowa rzecz w […]

  • Chodzi?o mi raczej o to, ?e two­rzy si? grupa spo?eczna pozba­wiona umiej?tno?ci prze­by­wa­nia w ?rodo­wi­skach niekontrolowanych”

    Znam kogo? takiego w sumie. Ojciec naj­pierw menago wyso­kiej klasy, potem w?a?ciciel firmy. Matka nawet nie wiem dok?adnie, ale te? z jakimi? swo­imi osi?gni?ciami.
    Tro­che sobie z ni? rozmawia?em, nawet sporo. I pew­nego dnia zatrzeli?a mnie takimi pogl?dami ?e zd?bia?em. Kobiety si? nie­po­trzeb­nie pchaj? do zawo­dów które s? nie dla nich, dys­kry­mi­na­cji nie ma. Do tego prze­ko­na­nie ?e rodzice byli dla niej za ma?o ostrzy w wycho­wa­niu. ?e ma kole?ank? która przez to mar­nie sko?czy?a.
    Rodzice ?eby nie by?o mocno liberalni.

    ?atwiej mie? bezwzgl?dne pogl?dy je?li nigdy si? solid­nie nie oberwa?o. Mam wra?enie ?e dobro­byt ubija empati? w sto­sunku do tych któ­rym jest ?le.

    A dziew­czyna ma pomys? ?eby zaanga?owa? si? w polityk?.

  • @Alex, „Zodiak? W któ­rym miejscu?

    Zamieć”! Roz­mowa Wujka z D.U.

  • Alex: ale nie­któ­rym potrzeba trzę­są­cych się rąk i nóg zostaje do końca, co w połą­cze­niu z ampu­ta­cją wyobraźni bywa nieciekawe.

    A co do cią­gnie i bez sza­leństw, to chyba wybra­łem: SR500.

  • Alex wrote:

    @R. re: SR500

    Fajny cafe racer, tylko się upew­nij jak w PL z czę­ściami, ja się tro­chę wpa­ko­wa­łem (np na Alle­gro jest sła­ow­nie jedno nowe sprzę­gło do GSF 400, a w Lars­so­nie nie ma wogle.

  • benzodiazepiny wrote:

    KUTNO!!!!
    Nie zna życia kto nie kiblo­wał w bufe­cie na dworcu w Kutnie.”

    Do końca życia zapa­mię­tam smak tej her­baty, zapa­rzo­nej w, powiedzmy, wodzie, dostar­czo­nej w cien­kiej przy­tłu­czo­nej szklance na obo­wiąz­ko­wym spodeczku. I chyba bigos zjadłem.

    Koluszki też były niezłe.

    Z tym stra­chem to chyba sta­rość. Jak byłem młody, to robi­łem rze­czy, że jak pomy­ślę to teraz czuję ciarki na ple­cach. Z wie­kiem jed­nak i przy­pły­wem doświad­cze­nia mam wra­że­nie, że wiele wra­żeń które wypró­bo­wał­bym kie­dyś na żywca, teraz sobie szybko symu­luję w CPU i oce­niam na sucho. Do etapu na żywca rzadko docieram.

    Wygląda, że próg na takie rze­czy jest osob­ni­czy. Jedni sta­rzeją się w wieku 25 lat, inni później.

  • Kutno to zło, przed­sio­nek pie­kła. Obu­dzi­lem sie na tej sta­cji kie­dyś, tzn. wytrzeź­wia­łem na tyle aby ogra­nąć kim i gdzie jestem. 3 godziny cze­ka­nia na pociąg, kac gigant, nigdzie bylo sklepu otwar­tego bo byla chyba jakaś bar­dzo poranna nie­dziela. Obsze­dłem cała oko­lice tylko po to żeby zna­leźć zamkniety punkt ksero i szkołe jazdy. A potem na dworcu poja­wiło sie mnó­stwo pobo­ro­wych wra­ca­ją­cych do cywila. W chu­s­tach, z pom­po­nami jak piłki do ręcz­nej, robili wiek­szą roz­pier­du­che niz pijani kibole wra­ca­jący z wygra­nego meczu na wyjeż­dzie u odwiecz­nego wroga. Ale wódke cho­ciaż mieli. Straszne miasto.

  • Alex: dobre spo­strze­że­nie (i nawet coś tam w Lars­so­nie jest), cho­ciaż i tak trzy razy spraw­dzę, czy nie lepiej spro­wa­dzać czę­ści spoza kraju. Jakoś mam takie doświad­cze­nia z pola samo­cho­do­wego, że w naszym kraju sporo gra­tów nabiera otoczki kul­to­wo­ści, wyra­ża­nej w licz­bie zer w cenie (do tego stop­nia, że nie­które czę­ści opła­cało się cią­gnąć pocztą lot­ni­czą z japanparts.com niż kupo­wać tutaj).

Leave a Reply

Your email is never shared.Required fields are marked *