Tylny hamulec.

We wszyst­kich arty­ku­łach i dys­ku­sjach o jeż­dze­niu moto­cy­klem jest o nie­uży­wa­niu hamulca tyl­nego (u mnie lewa klamka, w moto­cy­klach pedał pra­wej nogi, a na tej klamce jest sprzę­gło). Tro­chę się dzi­wi­łem bo w sumie ze trzy mie­siące prze­jeź­dzi­łem głow­nie na tyl­nym bo przedni miał wygiętą tar­czę i nie dało się nim płyn­nie hamo­wać (nowa tar­cza – 350 zetów).

Ale się już dowiedziałem.

Jadę sobie spo­koj­nie wczo­raj na Słu­że­wiec, Aleją Nie­pod­le­gło­ści, trasa pro­sta, gaz-hamulec i patrzeć na świa­tła, pod­cho­dzę do czer­wo­nego, zje­cha­łem na lewy pas bo pusto, tro­chę wil­gotno ale jeź­dzi­łem już w desz­czu, prawa klamka, 10km/h, lewa klamka do stopu, uślizg tyl­nego koła, dup.

Leżę.

Zebra­łem się, pod­nio­słem maszynę, wypro­sto­wa­łem lusterka, sil­nik nawet nie zgasł, i pojechałem.

Dzi­siaj rano jadąc do pracy, zamiast jak zwy­kle Modzelewskiego-Lotników-Wilanowską do Woło­skiej, poje­cha­łem w drugą stronę, do Rzy­mow­skiego. No i wyjeż­dżam z Modze­lew­skiego, suchy asfalt, kilka zia­re­nek pia­seczku, heble żeby nie wje­chać w cze­ka­ją­cych na czer­wo­nym – i dup. Na pasie wyjazdu ze skrętu na szczę­scie. Znowu przy jakimś 10km/h.

Stłu­kłem sobie moc­niej prawą dłoń i zaczą­łem się zasta­na­wiać co by było, gdy­bym nie miał ręka­wic (wycho­dząc nie byłem pewien czy je mam, a nie chciało mi się po nie wra­cać, na szczę­ście były w kasku).

Do pracy dalej jecha­łem baaar­dzo ostrooożnie.

Jak do wie­czora ręka nie prze­sta­nie mnie boleć, pójdę prześwietlić.

No Comments

Leave a Reply

Your email is never shared.Required fields are marked *