Jedną z przyczyn mojego rozstania się z redakcją Esensji był opór przeciwko portalizacji. Esensja w zasadzie nie płaci, jedyną nagrodą jest to, że tekst powisi na jedynce przez… no właśnie, przez ile? W cyklu miesięcznym miesiąc, dodatkowo deadline daje motywację, żeby się sprężyć i wydalić z siebie ten kawałek o którym mysli się już drugi miesiąc. Ale jeśli efekt pracy ma być reklamowany dzień, albo i nie cały, to po co się starać?
Esensja się sportalizowała, i co symptomatyczne przestała zamieszczać ciekawe materiały własne, w zasadzie stała się tubą rezonującą PR publikatorów popkultury. O to też się spierałem. Lepsza ciekawa debiutancka powieść, niż bezensowne sprężanie się nad numerem specjalnym o filmie który będzie zapomniany za dwa lata. Ale widać na naczelnych wizja tego, że Prawdziwe Media pozwolą sobie obciągnąć, zrobiła nieodparte wrażenie.
Z innej strony, jakoś do mnie nie dotarło nigdy przekonanie, że blogowanie jest jakimś superodmiennym medium, wiadomo, że liczy się styl pisania i żeby nie być tl;dr. Wojtek Orliński pisał na Usenecie, że on to nie lubi poważnych analitycznych artykułów, tylko tak sobie popierdalać, i jego idealnym kanałem są Wysokie Obcasy. Co się sprawdza o tyle, że jak w ostatnich Obcasach zacząłem czytać artykuł o amerykańskich opuszczonych miastach to po zdaniu o wycieczce samochodowej wiedziałem że to on. Wojtek ma lekkie, sprawne pióro, ale Hunterem S. Thompsonem nie jest, nawet na Route 66.
Poważna prasa zaczęła emulować ten trend, czego zabawnym skutkiem jest np. to, że najsensowniejsze omówienie aktualnego kryzysu finansowego, jakie widziałem, pochodzi z magazynu mającego się zajmować muzyką i — kiedyś — pisaniem o zażywaniu narkotyków.
W każdym razie teza o tym że blogowanie to nie pisanie dotarła mnie kiedy ją odwołano (był na ten temat ładny post u Carra albo na Techcrunchu, ale nie mogę tego znaleźć teraz). Byłem kiedyś dość zaskoczony kiedy zobaczyłem zdjęcia o stanowiskach pracy pisaczy (blogerów?) z jakiegoś technicznego blogoida, małe zabałaganione nory w mieszkaniach, gdzie tkwiąc 20h na dobę walczą o kliki przez bycie pierwszym w przeblogowaniu jakiejś informacji. Bo w odróżnieniu od papierowej prasy, tu jest metryka zainteresowania publiki co do jednego spojrzenia i kliknięcia. Chyba bym już wolał smażyć burgery (via brutto).
Tylko że to jest jałowe, poza dystrybucją, nie dodaje żadnej wartości.
Na jednym konwencie spotkałem amerykańskiego pisarza, którego opowiadania bardzo lubię, natomiast on pisze ich mało, pisze za to mniej lub bardziej kupiaste powieści. Nie zapytałem go dlaczego, jednak teraz gdy o tym myślę, jest to oczywiste, pisze bo jest zawodowcem i musi wyprodukować odpowiednią ilość produktu. Tak po prostu.
No Comments