Do niedawna spora popularność Gaimana była dla mnie zjawiskiem niezrozumiałym. Facet pisze poprawnie, ale nie ma o co za bardzo klaskać uszami.
Miłośnicy Gaimana (a zwłaszcza miłośniczki) podkreślają fakt, że facet fajnie żongluje motywami kulturowymi. Może i żongluje, ale w sumie niewiele z tego wynika. Na przykład „Studium w szmaragdzie”: [spoiler do końca akapitu] podstawiamy za Windsorów Podwodnych z mitologii Lovecrafta, a całą rzecz piszemy a’la Sherlock Holmes tyle że on tu jest złym a nie narratorem. Linia fabularna jak w „Studium w szkarłacie”. No i co?
No i nic. Pomysł już był (Kim Newman lubuje się w takim pisaniu), styl jest OK, ale w całym tym zestawieniu nie ma nic odkrywczego. Fajnie się czyta, ale kompletnie nic z tego nie wynika. Gaiman jest takim chińskim pokojem, który zawiera zestaw reguł do żonglowania popkulturą, ale nie rozumie znaczenia symboli które przekłada i łączy. To żadna sztuka napisać książkę której interesującość opiera się na Znaczących etykietkach (boga, demona, znanej postaci literackiej) przypisywanych bohaterom których poza tym nie uczyniło się w żaden sposób ciekawymi dla czytelnika. Gaiman zresztą lubuje się w opisywaniu życia nudnych ludzi.
Weźmy „Cenę”. Do mieszczańskiej rodzinki trafia kot dzięki któremu wszystko im dzieje się lepiej ale on sam traci na zdrowiu jakby z kimś walczył. Jedyna refleksja jaką ma bohaer-narrator jest taka, że oby kot wytrzymał jak najdłużej, żeby jego córeczce dobrze było na obozie harcerskim. Poza tym kompletnie zero jakiejkolwiek myśli czy zastanowienia się nad sytuacją.
Są też teksty Gaimana gdzie o coś chodzi, ale jest to starannie ukryte, jak przypuszczam, żeby nie odstraszyć czytelników.
Jest to dla mnie szczególnie dziwne, bo sądzę, że facet miałby o czym pisać gdyby chciał, jest ze scjentologicznej rodziny, a teraz kiedy scjentologia podupadła nie ma powodu obawiać się Etyki (scjentologicznej służby bezpieczeństwa). Ale on woli chować się za opowiastkami o Szatanie prowadzącym w NYC klub i amerykańskich studentach pijących piwo w Innsmouth.
I to jest chyba połowa jego sukcesu — on pisze opowiastki bezpieczne. Nie ma tam nic co mogłoby zakłocić samozadowolenie czytelników, wszystko jest odległe, literackie, a jeśli występuje codzienność to starannie wymakijażowana. Nawet jeśli coś obcego podmieni ci kolegę z pracy, to po to żeby uczynić go lepiej zsocjalizowanym, aktywnym seksualnie młodzieńcem.
I żadnych silnych, zwłaszcza negatywnych emocji. Bo to odstrasza czytelników. Z ust kilku miłośniczek Gaimana usłyszałem nieomal jednogłośnie że te opowiadania w których o coś chodzi są niefajne. Fajne są te które dla mnie są wydumane i o niczym.
A że facet jest stylowym dupem to jak sądzę wydatnie pomaga w promocji, zwłaszcza wśród dorastających panienek.
A ja oddam wszystkie Gaimany za „Księgę jesiennych demonów”.
Mnie podobała się „Koralina”, głównie ze względu na nieco upiorną wizję nowoczesnej, zatomizowanej do skrajności rodziny, z jej członkami skoncentrowanymi głównie na sobie samych i nikim więcej. Oczy z guzików to nic, w porównaniu do tego braku emocji i interakcji.
„Nigdziebądź” również było sympatyczne, chociaż właśnie nakryłem się na tym, że zupełnie nie pamiętam, o co w nim chodziło.
„Amerykańscy bogowie” mnie uśpili.