Jest sierpień 1999, wracam do domu po konferencji w Finlandii. Zmęczony, i nieco zużyty, wrażenia z konferencji są pokryte alkoholową mgiełką o smaku cydru. Mam dwa albo trzy dni spokoju, później Polcon.
Konwent to moje pierwsze bliskie spotkanie z Uniwersytetem Warszawskim, rzecz cała dzieje się na MIMUW-ie, a śpimy w akademikach przy Żwirki i Wigury.
Geograficznie jestem całkiem zagubiony, znajomość warszawy mam ograniczoną do ścisłego centrum. Konwentowo jemy w barze wydziałowym, raz wychodzimy na targowisko Banacha na wietnamszczyznę, to wydaje się długą wyprawą.
Jednego wieczoru jedziemy do Konrada, gdzieś na drugą stronę rzeki, koło Saskiej Kępy. Póżniej Witold pokłóci się o to z Konradem, że „opuścił posterunek .
Gdzieś w połowie konwentu patrzę na kalandarz. W niedzielę powrót, mam dwa dni luzu, i znowu do stolycy. Tym razem już na dobre.
I nagle zdaję sobie sprawę, że to jest koniec mojego życia w dotychczasowej formie.
Co będzie dalej? Na tamtym Polconie ktoś pokaże mi Roberta, którego znam „z widzenia z Usenetu, przepracuję z nim ponad rok biurko w biurko, zostaniemy współlokatorami i tak powstanie Nerdownia, blisko mieszkania Konrada. Przez Roberta poznam Kaję, która przeprowadzi się z Natolina na Bródno do faceta, idąc do nich wysiądę przystanek za wcześnie i tak znajdę miejsce gdzie kupię mieszkanie. Cztery lata przepracuję na kampusie Ochota, zaraz obok MIMUW.
Teraz znowu jest Polcon w Warszawie. Zanim tam jutro pójdę, muszę poszukać koszulki z poprzedniego.
No Comments