Rider of the storm, kurwa.

Pręd­ko­ścio­mierz popsuł się gdzieś za Garwolinem.

Wtedy było mi już wszystko jedno, kry­zysy mia­łem wcze­śniej. Gdzieś pod Otwoc­kiem, kiedy sta­łem w korku i spa­dły pierw­sze kro­ple desz­czu. Zdą­ży­łem zało­żyć mem­branę pod kurtkę, nim roz­pa­dało się porząd­nie, nie zdą­ży­łem przy­piąć bo już korek ruszał. Za chwilę roz­pa­dało się porząd­nie, a ja zga­si­łem sil­nik, któ­rego póź­niej nie mogłem uru­cho­mić. Zepchną­łem moto­cykl na pobo­cze i zasta­no­wi­łem się co zro­bić jak nie odpali, jed­nak uzna­łem, że będę o tym myślał, jak się aku­mu­la­tor skoń­czy. Nie skoń­czył się, po minu­cie krę­ce­nia moto­cykl strze­lił z wyde­chu, co mu się przed­tem nie zda­rzało, i nieco dycha­wicz­nie, ale poto­czył się pobo­czem na począ­tek korka.

Drugi kry­zys nastą­pił kilka kilo­me­trów dalej, kiedy wyprze­dza­jący z naprze­ciwka SUV chla­snął mnie na ukos przez pierś kil­ku­me­trową odkosą wody. Nie wiem jak to się stało, że się nie wywa­li­łem, ale poje­cha­łem dalej, nie­przy­jem­nie zasko­czony fak­tem, że woda prze­biła się do wnę­trza kasku.

Z dal­szej drogi pamię­tam migawki: pach­nącą świe­żym drew­nem „góral­ską gospodę w środku mazow­sza w któ­rej zatrzy­ma­łem się, żeby najeść się przed dal­szą drogą w desz­czu i kałuża jaka zebrała się na pod­ło­dze wokół mojej kurtki, pio­runy gdzieś w sza­rej masie chmur przede mną, nadzieja „no prze­cież nie będzie padać przez 200 kilo­me­trów , atak paniki, nie wiem już gdzie, kiedy mia­łem wra­że­nie, że przed­nie koło zaczyna mi pły­wać i zatrzy­ma­łem się w zatoczce auto­bu­so­wej, czo­per zapar­ko­wany gdzieś wcze­śniej przed wiatą przy­stanku i widziany kątem oka moto­cy­kli­sta sie­dzący w środku z nogą zało­żoną na nogę, klin jaśniej­szego nieba z prze­bi­ja­ją­cym chwi­lami słoń­cem, gdzieś za Lubli­nem, przez który nie skrę­ci­łem na Zamość, kiedy było trzeba bo aku­rat wyje­cha­łem na chwilę z desz­czu i nie chcia­łem tam wra­cać, wyży­ma­nie ręka­wic na sta­cji benzynowej.

I cią­gła walka z zapa­ro­wu­ją­cymi oku­la­rami, zapa­ro­wu­ją­cym wizje­rem i zim­nem. Mem­brana w kurtce wpraw­dzie zadzia­łała, ale w spodniach już nie­ko­niecz­nie, póż­niej zresztą oka­zało się, że jest porząd­nie podarta. Buty wodo­od­porne nie są.

Chwi­lami przy­cho­dziło mi do głowy, że jakimś wstę­pem były dwie wiel­kie war­szaw­skie burze jakie zali­czy­łem na moto, ale w sumie co to było, raz kwa­drans desz­czu, kwa­drans gradu, a potem prze­jazd przez kil­ka­dzie­siąt cm wody; za dru­gim razem prze­cze­ka­nie kon­kret­nego wia­tru i tro­chę deszczu.

I kiedy już doje­cha­łem do Zamo­ścia i odszu­ka­łem ulicę Panny Marii, co nie było pro­ste, zna­la­złem nie­wła­ściwy hotel, przed kto­rym zapar­ko­wane były dwa czy trzy jesz­cze cie­płe Trans­Alpy. Ekipa leciała z Krymu, a ostatni skok robili z Tarnopola.

Przy­bi­łem im piątkę, zaci­sną­łem zęby, i poje­cha­łem dalej szu­kać swo­jego hotelu.

2 Comments

  • cyclo wrote:

    3m sie stary i moze daj moto do jakie­gos prze­gladu? Moze trzeba jakies zawory wyre­gu­lo­wac, czy gazniki.

  • benzodiazepiny wrote:

    Temat na rysu­nek do boli.blog.pl.
    Poza tym podzi­wiam, acz nie­spe­cjal­nie zazdroszczę.

Leave a Reply

Your email is never shared.Required fields are marked *