Artykuł znalazłem via brutto, ale dopiero MRW mnie sprowokował, żeby zareagować w drugą stronę. Nie wiem czy to jest do końca o mnie, w ’89 miałem naście lat a nie 10, byłem tym kolesiem co miał swój komputer (najpierw VIC-20, potem C=64), i chyba dlatego pamiętam trochę inaczej niż MRW.
Co pamiętam? Przede wszystkim olbrzymi stres transformacji, kiedy prawie z dnia na dzień zmieniło się wszystko. Z jednej strony pamiętam rozmowę z współnerdem na temat tego, że Polska przestanie być krajem informatyki z okresu kamienia łupanego, z drugiej strach ludzi, o to jak będzie, olbrzymi skok cen i zmiana reguł życia z dnia na dzień. To jeszcze nie było „balcerowicz musi odejść , te zmiany były później.
Matka opowiadała wtedy taką scenkę: sklep ze słodyczami na Dzierżyńskiego (dzisiaj Chełmińska, sklep istnieje do dzisiaj), pełen cukierków, jakaś kobieta chce wykupić kartkę która skończyła się wczoraj. Kobieta błaga o możliwość wykupienia kartki, bo przepadnie przydział, ale kartki wykupić nie można, bo od dzisiaj kartki na słodycze przestały obowiązywać. A w sklepie jest cukierków ile chcieć.
I to jest to co przewija się w tym artykule i z czym zgodził się ^reuptake, że w momencie w którym przeżywasz jakąś drastyczną zmianę, świat przestaje być światem domyślnym, zastanym, bezpiecznym, staje się światem, jakoś tam narzuconym, przez innych ludzi. jakby symulakrycznym, ktoś tak założył, i tak wygląda świat.
Druga rzecz jaką pamiętam, to totalny syf jaki nas otaczał i jego kontrast z tym co przeciekało z tzw „Zachodu , magicznego świata kolorowych rzeczy, uśmiechających się ludzi i astronomicznych cen. Był Bajtek, ale w zestawieniu z kolorowymi błyszczącymi gazetami komputerowymi z Zachodu, jeden numer pisma o Commodore (64’er) miał tyle objętości co trzy numery Bajtka gdzie o „komodzie było w sumie może z 5 stron, był szary i smutny. Były z zachodu piękne kolorowe zeszyty, których do dzisiaj szkoda mi użyć, była każda dowolna rzecz która nawet swoim opakowaniem wydawała się magiczna.
To, że 90% tego to gówno, to przyszło później.
I kiedy muszę się powstrzymywać od wydania kupy forsy w dziale papierniczym empiku, w delikatesach, wiem że nigdy to dla mnie nie będzie normalne, to nie będzie poziom zero, oczywista życiowa oczywistość. Pamiętam ocet na półkach, kolejki po bułki od 6 rano i herbatę gruzińską, taką jak jest w „Misiu .
Hłasko opisuje (cytuję z pamięci) taką scenę: na emigracji w Paryżu odwiedza współemigranta ktory pokazuje mu małe, obskurne mieszkanie i kilka tandetnych sukienek żony w szafie. Wszystko czego chciał od życia, kawałek normalności.
Coraz słabiej pamiętam tamten świat, ale rozumiem te laski, które nie chcą rodzić. Znam rodziny które wychowywały dwójkę czy trójkę dzieci w kawalerkach 30m, i to po tych ludziach widać. Dziewczynom, które się tego boją, nikt nie zagwarantuje, że to nie wróci.
I kiedy wychodzę z zakupów w koreańskich delikatesach, gdzie kupiłem nori, imbir i wszystko co do sushi potrzebne oprócz ryby, bo ryba skąd inąd, i zapłaciłem kartą, a potem jadę warszawskim metrem, to czuję się trochę jak ten znajomy Hłaski, a trochę jak uciekinier z innego świata.
I nikt mi nie zagwarantuje, że to nie wróci.
„I nikt mi nie zagwarantuje, że to nie wróci.
Pytanie co z tym zrobić? Martwić się na zapas, przygotowywać na ewentualny kataklizm, czy po protu żyć chwilą.
Cała rzecz w tym, że tego sobie nie można tak po prostu wypruć z podświadomości. Takie sprawy goją się we własnym tempie.
Plus jest taki, że tego się nie czuje, jeśli się nie przeżyło osobiście. Ja np. się nie załapałem, bo w ’89 miałem dziewięć lat. Zmiana docierała do mnie tylko na zasadzie abstrakcyjnych hasełek. Mój jeden jedyny zajob to czekolada (jem aż mnie brzuch rozboli, a potem jeszcze trochę) — jeszcze w ’95 mama wydzielała słodycze od święta, odliczając co do okruszka.
Inna sprawa, że takich Zmian było w ostatnich stu latach cztery i mam wrażenie, że wszystkie wciąż rezonują.
Nb. zabawne, że można sobie poczytać o tym, jak ponoć do dziś widać różnice między regionami wzdłuż granic zaborów, ale trudno znaleźć potoczne opracowanie dysfunkcji rodzinnych wywołanych traumą wojenną. Tymczasem, jeśli miałbym wierzyć mojej mamie, to całe życie mojego dziadka (w tym sposób, w jaki wychowywał córki) było podporządkowane temu, że jako nastolatek na kilka dni trafił na Szucha (za przemyt) i tylko zbieg okoliczności sprawił, ze go tam Niemcy nie zatłukli na amen.
Tak więc, z dwojga złego, wolę czyjeś (być może) nieusprawiedliwione emo i podpieranie się traumą z dzieciństwa, niż pogardliwe wzruszani ramionami ze strony takich, co mieli farta i się nie załapali.
No i w tym właśnie cały pic, że świat postrzegasz inaczej jak masz mniej niż 10 i więcej niż 10 lat. Choćby dlatego, że się zaczynasz interesować seksem.
@Cała rzecz w tym, że tego sobie nie można tak po prostu wypruć z podświadomości. Takie sprawy goją się we własnym tempie.
Cała rzecz w tym, że w Wilk postawiła tezę, że Zmiana trzepnęła 1979–1980 w sposób szczególny. I to jest bzdura. Trzepnęła równo wszystkich. To nie jest tak, że się w 89 każdy urodzony w ~69 załapał na korporację. To nie jest tak, że się z 79 nikt na nic nie załapał. Jak patrzę po równolatkach, to widzę dużo dzieci.
„Coraz słabiej pamiętam tamten świat, ale rozumiem te laski, które nie chcą rodzić. Znam rodziny które wychowywały dwójkę czy trójkę dzieci w kawalerkach 30m, i to po tych ludziach widać. Dziewczynom, które się tego boją, nikt nie zagwarantuje, że to nie wróci.”
Te laski teraz zajmują te same 30-metrowe mieszkania, w których zmieniano im pierwsze pieluchy. Teraz to się nazywają Kawalerki albo Garsoniery, a one mieszkają tam same, bo mogą sobie na ten luksus pozwolić.
Czasami chowają tam dzieci — jeśli im coś nie wyjdzie z planów szybkiego wybudowania domu z ogródkiem. Ich młodsze siostry patrzą i wyciągają wnioski.