Nie podoba mi się sposób, w jaki ten artykuł operuje pojęciem grupy. Powstaje wrażenie, że jest jedna grupa i że ona ma jeden cel. Ale szybko okazuje się, że pojawia się inna grupa (np. trolle) z innymi celami, a potem że można należeć do kilku grup na raz, ale nie zerojedynkowo, tylko w różnych natężeniach i tak dalej. W ten sposób cały model szybko robi się bardzo skomplikowany i przez to mało użyteczny.
Bardziej pożyteczne dla opisu „grupy” wydaje mi się myślenie w kategoriach jednostek, z których każda ma pewien zbiór potrzeb i pewien zbiór oczekiwań (do oczekiwań należą również normy społeczne, np. „źle mi na tym przyjęciu, ale nie wyjdę, bo nie wypada”). Ludzie nie mają telepatii ani „zbiorowej podświadomości” — mają za to bardzo rozbudowaną zdolność wymiany komunikatów. To prowadzi do wzajemnego wpływania na siebie, czyli także wzajemnego dopasowywania się, czyli konwergencji potrzeb i oczekiwań. „Grupa” powstaje, gdy potrzeby i oczekiwania dostatecznie wielu osób stają się dostatecznie zbieżne. Dlatego na przyjęcia nie zaprasza się nieznajomych.
Autor bardzo słusznie zauważa, że to jest problem komunikacyjny. Od siebie dodam, że z punktu widzenia projektanta jest to także problem lingwistyczny. Jeżeli chcemy, żeby ludzie komunikowali się w określony sposób, to trzeba zaproponować im model interakcji (czyli język), który będzie ten nasz wymarzony sposób promował. Np. w MMORPGach potwory mają wpytę hapeków, po to żeby gracze musieli się skrzyknąć do kupy. Systemy rozwoju postaci wykorzystują specjalizację i mechaniki typu papier-kamień-nożyce, po to żeby 3 różnych specjalistów współpracujących ze sobą miało większą siłę niż 3 losowo dobranych graczy działających każdy pod siebie.
Poza tym to całkiem niezły artykuł, który przypomina mi inny. Mianowicie ten, w którym autor opisywał jak trudno stworzyć sprawną grupę więcej niż 8–12 osób i sprawny zespół liczący więcej niż 80–150 ludzi.
Artykuł operuje pojęciem jednolitej grupy bo jest pisany z punktu widzenia socjologii, a ty podchodzisz z punktu widzenia psychologii jednostki. Który jest słuszniejszy, nie wiem.
Poza tym opisujesz jeden typ grupy, związanej jakimś celem (rajdem na bossa) a są inne.
Co do innego artykułu, masz może linka? Bo mi się kojarzą ograniczenia z liczby Dunbara.
Linka nie mam, ale znalazłem go u ciebie na blogu parę miesięcy temu. :-) Pamiętam hasło „liczby Dunbara”. Nb. te liczby potwierdzają się w praktyce. O 12 osobach wspominali mi jeszcze na studiach. A 80–150 to m.in. autentyczne population capy, które sobie na podst. własnych doświadczeń narzucają studia w mojej branży. Czasami używają tego jako przechwałki mającej wabić kandydatów na pracowników („u nas jest dobra atmosfera, bo nigdy nie przekraczamy 80 osób”). Mój pracodawca też ma pop capy w swoich studiach. Jak zachodzi potrzeba dodatkowych roboczomiesięcy, to się przerzuca taski do filii w Chinach (dosłownie).
I tak, on używa pojęcia grupy na modłę socjologiczną, ale w dość specyficzny sposób. Socjologowie mówią m.in. o samoświadomości i istnieniu ośrodka skupienia jako warunkach koniecznych istnienia grupy społecznej. Np. grupa dyskusyjna z Usenetu ma samoświadomość, ale ośrodka skupienia już nie. Natomiast kasta „użytkowników o dobrej reputacji” jest już grupą społeczną, której ośrodkiem skupienia jest dana grupa dyskusyjna, serwer, forum itd.
tl;dr. Applies to #ttdkn?
@bart
jak najbardziej tylko — meta
opisuje cykl życiowy jego gatunku
Nie podoba mi się sposób, w jaki ten artykuł operuje pojęciem grupy. Powstaje wrażenie, że jest jedna grupa i że ona ma jeden cel. Ale szybko okazuje się, że pojawia się inna grupa (np. trolle) z innymi celami, a potem że można należeć do kilku grup na raz, ale nie zerojedynkowo, tylko w różnych natężeniach i tak dalej. W ten sposób cały model szybko robi się bardzo skomplikowany i przez to mało użyteczny.
Bardziej pożyteczne dla opisu „grupy” wydaje mi się myślenie w kategoriach jednostek, z których każda ma pewien zbiór potrzeb i pewien zbiór oczekiwań (do oczekiwań należą również normy społeczne, np. „źle mi na tym przyjęciu, ale nie wyjdę, bo nie wypada”). Ludzie nie mają telepatii ani „zbiorowej podświadomości” — mają za to bardzo rozbudowaną zdolność wymiany komunikatów. To prowadzi do wzajemnego wpływania na siebie, czyli także wzajemnego dopasowywania się, czyli konwergencji potrzeb i oczekiwań. „Grupa” powstaje, gdy potrzeby i oczekiwania dostatecznie wielu osób stają się dostatecznie zbieżne. Dlatego na przyjęcia nie zaprasza się nieznajomych.
Autor bardzo słusznie zauważa, że to jest problem komunikacyjny. Od siebie dodam, że z punktu widzenia projektanta jest to także problem lingwistyczny. Jeżeli chcemy, żeby ludzie komunikowali się w określony sposób, to trzeba zaproponować im model interakcji (czyli język), który będzie ten nasz wymarzony sposób promował. Np. w MMORPGach potwory mają wpytę hapeków, po to żeby gracze musieli się skrzyknąć do kupy. Systemy rozwoju postaci wykorzystują specjalizację i mechaniki typu papier-kamień-nożyce, po to żeby 3 różnych specjalistów współpracujących ze sobą miało większą siłę niż 3 losowo dobranych graczy działających każdy pod siebie.
Poza tym to całkiem niezły artykuł, który przypomina mi inny. Mianowicie ten, w którym autor opisywał jak trudno stworzyć sprawną grupę więcej niż 8–12 osób i sprawny zespół liczący więcej niż 80–150 ludzi.
@JW
Artykuł operuje pojęciem jednolitej grupy bo jest pisany z punktu widzenia socjologii, a ty podchodzisz z punktu widzenia psychologii jednostki. Który jest słuszniejszy, nie wiem.
Poza tym opisujesz jeden typ grupy, związanej jakimś celem (rajdem na bossa) a są inne.
Co do innego artykułu, masz może linka? Bo mi się kojarzą ograniczenia z liczby Dunbara.
Linka nie mam, ale znalazłem go u ciebie na blogu parę miesięcy temu. :-) Pamiętam hasło „liczby Dunbara”. Nb. te liczby potwierdzają się w praktyce. O 12 osobach wspominali mi jeszcze na studiach. A 80–150 to m.in. autentyczne population capy, które sobie na podst. własnych doświadczeń narzucają studia w mojej branży. Czasami używają tego jako przechwałki mającej wabić kandydatów na pracowników („u nas jest dobra atmosfera, bo nigdy nie przekraczamy 80 osób”). Mój pracodawca też ma pop capy w swoich studiach. Jak zachodzi potrzeba dodatkowych roboczomiesięcy, to się przerzuca taski do filii w Chinach (dosłownie).
I tak, on używa pojęcia grupy na modłę socjologiczną, ale w dość specyficzny sposób. Socjologowie mówią m.in. o samoświadomości i istnieniu ośrodka skupienia jako warunkach koniecznych istnienia grupy społecznej. Np. grupa dyskusyjna z Usenetu ma samoświadomość, ale ośrodka skupienia już nie. Natomiast kasta „użytkowników o dobrej reputacji” jest już grupą społeczną, której ośrodkiem skupienia jest dana grupa dyskusyjna, serwer, forum itd.