Elektryczna transgresja z nożnym sterowaniem.

W „Dzien­niku dla doro­słych Chwina jest piękne uchwy­cona kaden­cja mowy Rydzyka pro­wa­dzą­cego piel­grzymkę do Czę­sto­chowy, tłum falu­jący w rytm muzyki gitarowej.

Prze­bitka sko­ja­rze­nia na scenę z dzie­ciń­stwa i znaną z fil­mów: zakon­nica z aku­styczną gitarą spie­wa­jąca pobożne i rado­sne pio­senki o Jezusie.

Aku­styczna gitara jest instru­men­tem boskim, oto sześć oscy­la­tó­row har­mo­nicz­nych, któ­rych czę­sto­ści możemy zmie­niać ukła­da­jąc je w, miłych dla ucha, mate­ma­tycz­nych har­mo­niach, tak oto można glo­sić chwałę
Stwo­rzy­ciela. A mecha­niczny rezo­nans naglo­śni je bez uży­cia nie­na­tu­ral­nej, grzesz­nej ener­gii, tak aby dotarła do wszyst­kich uszu spra­gnio­nych Dobrej Nowiny.

I w tym momen­cie staje się dla mnie jasne dla­czego rock od zawsze jest odbie­rany jako anty­re­li­gijny, rock jest sprzę­towa transgresją.

Zamiast przy­jem­nych zro­zu­mia­łych mecha­nicz­nych rezo­nan­sów, gitara elek­tryczna udaje tylko że jest gitarą, ma część wyglądu, ale zamiast pudła jest deska w któ­rej ukryto pro­dukty nie­po­ko­jąco grec­kiej i pogań­skiej sztuki Hefaj­stosa. Gład­kie sinu­so­idy har­mo­nii zamie­niane są w nie­wi­dzialny sygnał ktory dopiero trzeba wzmoc­nić, i tu zaczyna się znie­kształ­ca­nie, każdy wzmac­niacz uczy­niony ludzką reka ma zakres sto­so­wal­no­ści, po prze­ste­ro­wa­niu poza te cywi­li­za­cyjne gra­nice sygnal traci swoje miłe uchu okrą­głe kształty, staje sie chro­po­waty, nie­przy­jemny, kanciasty.

Po dro­dze for­muje go ludzka, nie boska wola, prze­kształ­ce­nia, prze­twor­niki, efekty, kostki, sztuczne echo, sztuczna har­mo­nia, sztuczny chór, wspie­rane krze­mem, ger­ma­nem i cyfro­wym pro­ce­so­rem sygnalu wycho­dze­nie poza usta­lone pra­wem natu­ral­nym granice.

To, źe muzyka będąca dziec­kiem takiego stwo­rze­nia, będzie sata­ni­styczna, zupeł­nie już nie dziwi.

W kinach leci „It Might Get Loud”, czyli co wyj­dzie z zago­nie­nia trzech sław­nych gita­rzy­stów do jed­nego pomieszczenia.

Kry­tycy narze­kają, że poza wsz­pól­nym zagra­niem kilku pio­se­nek — nic. Nie wiem czego jesz­cze się spo­dzie­wali, sceny kiedy Page, Edge i White zgry­wają się wspól­nie do jakiejś pio­senki któ­re­goś z nich, kiedy roz­ma­wiają który akord w pro­gre­sji zagrać, są prze­cież kapi­talne, to jak zoba­czyć western z poje­dyn­kiem Johna Wayne’a, Char­lesa Bron­sona i Clinta Eastwo­oda, tylko że Page, Edge i White są naprawdę.

W pierw­szym sko­ja­rze­niu Page oka­zuje się gadże­cia­rzem, a White miło­śni­kiem pry­mi­tywu, w dal­szym widać rolę przy­padku kiedy Edge mówi „myślę że te 20 minut [wizyta w skle­pie z gita­rami w NYC] miało naj­więk­szy ze wszyst­kiego wpływ na brzmie­nie U2 . Widać życiowy syf od jakiego ucie­kali — w muzykę. Widać sztukę od zaple­cza. Tro­chę jak Hoł­dys na bli­pie.

I jest kupa faj­nego, moc­nego gra­nia do słuchania.

Może szkoda tylko, że Jimi Hen­drix nie dożył, można go sobie wyobra­zić jak sie­dzi z nimi, opo­wiada o nagra­niach dla BBC, czy o Wood­stocku, że znowu jest tym weso­łym chło­pa­kiem któ­rego sły­chać w nagra­niach z cza­sów, zanim stał się bogiem neu­ro­che­micz­nej rewolucji.

Ale to już nie wina tego filmu.

No Comments

Leave a Reply

Your email is never shared.Required fields are marked *