Terminus

Drzwi wagonu zamy­kają się z łomo­tem, pod­no­szę głowę znad książki i roz­glą­dam się. Jestem sam, to się zda­rza, nawet w dzień. Mało kto w dzień jeź­dzi do Kabat.

To zresztą szcze­gólny odci­nek, co któ­ryś raz pociąg się zatrzy­muje mię­dzy sta­cjami i czeka. Raz tak się zda­rzyło, aku­rat jak jecha­łem na ważne spo­tka­nie, z cza­sem wyli­czo­nym na styk. Spóź­ni­łem się wtedy kwadrans.

Terminus

Pochy­lam się, roz­glą­dam. W sąsied­nich wago­nach też nikogo. Wstaję i pod­cho­dzę do pod­pi­sa­nych „Przej­ście służ­bowe” drzwi pomię­dzy wago­nami. To stary rosyj­ski wagon, z tych pierw­szych kupio­nych dla metra, lubię je, taki sam pociąg pro­wa­dził Béla w „Kon­tro­le­rach”. Kiedy nimi jadę cza­sami mi się wydaje, że zaraz z tłumu wypad­nie Pędzi­wiatr, a za nim popę­dzi Bulcsú, że na pero­nie sta­nie zmę­czony życiem Pro­fe­sor i powie „bilety do kon­troli”. Mrużę oczy, odruch oku­lar­nika. W dal­szych wago­nach nie ma nikogo. Odwra­cam się, nie gwał­tow­nie, spo­koj­nie, raczej zacie­ka­wiony. Książka mi zawa­dza, wyga­szam ekran, wpusz­czam do torby. Prze­cho­dzę na drugi koniec wagonu. Tam też nie ma nikogo. Pusty skład. Sko­ja­rze­nie z Bar­ke­rem, „pusty pociąg z mię­sem”. Ale metro war­szaw­skie jest kolo­rowe, przy­tulne, luk­su­sowe wręcz. Stoję w pustym wago­nie uśmie­cha­jąc się, nie wiem nawet czemu.

W końcu pociąg rusza, powoli, z nie­chę­cią, roz­pę­dza­jąc się ostrożnie.

Głos Ksa­we­rego Jasień­skiego obwiesz­cza: uwaga, sta­cja koń­cowa; pro­simy o opusz­cze­nie pociągu. Po nim młod­szy, bar­dziej zde­cy­do­wany głos dodaje: atten­tion, ter­mi­nus; ple­ase leave the train. Ter­mi­nus, zakoń­cze­nie. Finał. Nie­prze­kra­czalna granica.

Wycho­dzę na peron, nie ma nikogo, nawet metro­wego soki­sty, który spraw­dza czy nikt nie został w wago­nie, kiedy ten rusza tam, gdzie zwy­kli śmier­tel­nicy nie mają wstępu. Kusi szybko cof­nąć się do wagonu, prze­je­chać poza gra­nicę dozwo­lo­nego, do Tar­taru tech­no­lo­gii. Ale odsu­wam się od składu, roz­glą­dam jesz­cze raz i idę do schodów.

Poziom wyżej wszystko zamknięte, kiosk w któ­rym zawsze zapo­mi­nają zak­tu­ali­zo­wać nagrodę w Lotto, sklep. Żad­nych ludzi. Ze scho­dów na powierzch­nię bije ostre świa­tło. Wspi­nam się w jego stronę.

One Comment

  • gszczepa wrote:

    Klaus Schulze. Tak mi przy­po­mnia­łeś jak czy­ta­łem tekst o nim w sta­rym Ente­rze. Może dwie dekady temu.

Leave a Reply

Your email is never shared.Required fields are marked *