Londyn (2)

Zmę­czony kil­ku­go­dzinną roz­mową wycho­dzę z wąskich uli­czek na Moor­gate. Powoli zaczy­nam ogar­niać ten labi­rynt, śro­dek tego świata wyzna­cza impe­rialny gmach Bank of England. Na pobli­skiej ścia­nie nie­wielka tabliczka, że w tym miej­scu wyna­le­ziono znaczki pocz­towe, odsyla świa­do­mość do sko­ja­rzeń z Prat­chet­tem. Jestem prze­cież we wzorcu jego Miasta.

Idąc w kie­runku Moor­gate usta­lam mar­szrutę. Po dro­dze mijam księ­gar­nię, oglą­da­łem tu przed­wczo­raj pocz­tówki, potem wcho­dzę na piąte pię­tro Marksa i Spe­cera — kan­tor z przy­jem­nym kur­sem i nie biorą pro­wi­zji kwo­to­wej. Potem ruszam ku Tami­zie, mia­łem dzi­siaj mieć dzień wolny, ale prze­cież przy­je­cha­łem tu roz­ma­wiać, jasne, że mogę wpaść jesz­cze w pią­tek. I tak pozby­łem się dnia na zwie­dza­nie, Bri­tish Museum następ­nym razem. Ostat­nie popo­łu­dnie zacznę od Pic­ca­dily Circus.

Scho­dzę w dół, w kie­runku Tamizy, park, koszary Gwar­dii Kon­nej, wcho­dzę mię­dzy szare budowle. Moją uwagę przy­ciąga skom­pli­ko­wane rusz­to­wa­nie na ścia­nie budynku, robię zdję­cie. Kil­ka­dzie­siąt kro­ków dalej wej­ście, kamery, umun­du­ro­wany poli­cjant, pierw­szy jakiego tu widzę. Wtedy zdaję sobie sprawę, że sfo­to­gra­fo­wa­łem budy­nek Mini­ster­stwa Obrony.

MoD

Potem mały park nad rzeką, tu już kilku funk­cjo­na­riu­szy z długą bro­nią, potem nabrzeże, po dru­giej stro­nie Lon­don Eye. Wra­cam w głąb mia­sta, Tra­fal­gar Squ­are wita mnie wiel­kim gra­na­to­wym kogutem.

Trafalgar Square

Do Chi­na­town docie­ram aku­rat na późny lunch, w all you can eat kłębi się tłum ame­ry­kań­skich tury­stów, inny lokal obok przy­ciąga moją uwagę, sia­dam przy sto­liku z wido­kiem na ulicę. Wycią­gam notes, tele­fon, roz­luź­niam kra­wat i zamieram.

Chinatown

Nie wiem ile tam prze­sie­dzia­łem, dawno już zja­dłem obiad, uśmie­chem przy­ją­łem dolewkę wody do dzbanka zie­lo­nej her­baty, chwilę póź­niej jakieś dzie­ciaki poma­chały mi przez okno, kiedy roz­luź­nia­łem kra­wat. Poczu­cie bycia na swoim miej­scu. Jesz­cze nie wiem jak to się skoń­czy, w którą stronę poto­czy się czas. W lewo albo w prawo.

Camden

Potem idę przez nocne Soho, potem Monika zabiera mnie do wymar­łego nocą Cam­den nad kana­łem, potem trzeba wra­cać. Ale wtedy, nad her­batą i note­sem, świat jest na swoim miejscu.

4 Comments

  • Ale wtedy, nad her­batą i note­sem, świat jest na swoim miejscu”

    Amen, bro. I przy­po­mina się jak W.Suworow pisał w „Akwa­rium” o Wiedniu.

    Do mnie nie prze­ma­wia mia­sto itp. oko­licz­no­ści, ale mie­wam te poczu­cie, że nowy obcy świat jest jed­nak moim świa­tem i wszystko jest na swoim miej­scu, na dro­gach, w pustych prze­strze­niach High­lands czy nawet Anglii. Pierw­szy raz chyba jak lecia­łem pustawą auto­stradą koło Cam­bridge, piękną jesie­nią parę lat temu, wra­ca­jąc wcze­snym ran­kiem w nie­dzielę do PL. I zaraz siek­nęło mnie na dobre pyta­nie „dla­czego nie tu, dla­czego nie teraz”.

  • To cho­dziło o coś wię­cej niż miej­sce czy mia­sto, o wej­ście w inną rolę w sys­te­mie świata.

  • Jasne, prze­cież miej­sca i oko­licz­no­ści to kata­li­za­tory tylko.

    Czego teraz nie rozu­miem, to jak można wejść w _inną_ rolę, no ale ja to ja, dyżurny misiek o małym rozumku.

  • rilwen wrote:

    @ „Amen, bro. I przy­po­mina się jak W.Suworow pisał w „Akwa­rium” o Wiedniu.”

    Na szcze­scie jedyna droga wyj­scia z inte­rview nie byl komin — choc momen­tami spra­wiali takie wra­ze­nie :-) (Mam nadzieje, ze nie pokic­kaly mi sie ksiazki…)

Leave a Reply

Your email is never shared.Required fields are marked *